poniedziałek, 6 lipca 2015

Rozdział 10


"When darkness comes I'll light the night with stars 
Hear the whispers in the dark"

*TORI*


  Obracałam w ręku srebrny dyktafon. Siedziałam na skraju łóżka, wpatrując się w urządzenie nieobecnym wzrokiem. Nie musiałam odtwarzać nagrania po raz kolejny, znałam je już na pamięć.
  Naszym pierwszym celem był Lucas Perry. Roy był mu dłużny sporo pieniędzy, więc to jego należało wyeliminować pierwszego. Lucas miał dopiero dwadzieścia cztery lata, a już popadł w narkotyki, hazard i alkohol. Typ, który odda wszystko za działkę.
  Ścisnęłam dyktafon w dłoni. Zebrałam się w sobie i podeszłam do szafy. Z jej wnętrza wygrzebałam ciężki kufer. Znajdował się w nim mój cały sprzęt: rewolwery, łuk, strzały, zapasowe groty, miałam tam nawet porządny karabin oraz mnóstwo amunicji. 
 Tej wiadomości nie zamierzałam zniszczyć. Położyłam dyktafon pośród magazynków, wpierw wyjmując mały, podręczny pistolet. Przyjrzałam mu się uważnie, zważyłam w dłoni. Dawno nie trzymałam w ręce żadnej porządnej broni.
  Razem z Lie przygotowywałyśmy się do zlecenia niemal cały dzień. Wyszukała nam sprzęt, dzięki któremu będziemy mogły pozostawać w kontakcie. Wgrała mi w komórkę dokładny GPS, by mogła mnie łatwo znaleźć w razie nieprzewidzianego wypadku. Zapewniła nam mnóstwo innych rzeczy, których nawet nie potrafiłam wymienić.
  Zupełnie jak za dawnych czasów.
  Byłam już prawie gotowa - w srebrnej, obcisłej sukience. Włosy miałam spięte, a w wysokich botkach tkwił niezmiennie mój niezastąpiony nóż. Włożyłam jeszcze tylko pistolet do podręcznej torebki-koperty i mogłam iść.
  Lie zapukała do drzwi mojej sypialni.
  - Jesteś gotowa? - zawołała.
  Przytaknęłam sama sobie, by się upewnić. Nie mogłam się teraz wycofać. Musiałam być silna.
  - Już idę - odparłam.
  Przystanęłam przed lustrem. Uśmiechnęłam się do swojego odbicia, lecz bez przekonania. Chciałam dodać sobie otuchy, ale nie łatwo wrócić do czegoś, na co nie miało się już ochoty.
  Kiedy zginęli nasi rodzice, byłam gotowa ich pomścić. Jednak gdy przestałam szukać zadośćuczynienia, trudno było mi się przyznać do porażki.
  Może już czas się podnieść.
***
  Zajechałyśmy pod klub. Lie spojrzała na mnie zaniepokojona.
  - Pamiętasz plan, tak? 
  - Oczywiście.
  Odetchnęła. Wyglądała na bardziej zdenerwowaną niż ja.
  - Powodzenia, Tori - powiedziała mi jeszcze na pożegnanie, starając się jakoś mnie pocieszyć. Wysiadłam z samochodu, myśląc, że jeśli tylko zostanę sobą, powodzenie nie będzie mi nawet potrzebne.
  To była jedna z tych dyskotek w Los Angeles, na którą wystarczy podrobiony dowód, ponieważ nikt nie przejmował się zasadami, dopóki ich złamanie nie groziło poważnymi kłopotami. Weszłam bez problemu, choć teoretycznie byłam jeszcze niepełnoletnia. Muzykę bardziej czuło się w kościach, niż słyszało, a mimo tego i tak boleśnie raniła moje czułe bębenki. Rozejrzałam się szybko. Przyjaciółka zapewniła mnie, że szybko znajdę swój cel. Na razie wydawało mi się to mało realne.
 - Lie - powiedziałam do głośniczka wpiętego do mojej broszki. - Jak, do cholery, mam go znaleźć wśród tylu ludzi?
  - Chwila - odpowiedziała do słuchawki. Po krótkiej ciszy, wydała tryumfalny okrzyk. - Włamałam się do kamer klubu, zaraz powiem ci gdzie mniej więcej jest. 
  Pokierowała mnie prosto do baru. A to ci niespodzianka.
  Szybko zauważyłam go przy kieliszku; wyglądał jakby dopiero co wrócił w biura i starał się na szybko zmienić strój. Miał potargane włosy, wygniecioną koszulę i krawat luźno zawieszony na szyi. Podeszłam kocim krokiem oraz przylepionym do twarzy sztucznym uśmiechem. Przystanęłam za nim i nachyliłam się nieco.
  - Co taki dżentelmen jak pan, robi tutaj sam? - spytałam.
  Odwrócił się do mnie zdziwiony. Widać, że był już trochę wstawiony, powinno pójść gładko.
  - Chce mi pani potowarzyszyć? - wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu. Odwzajemniłam gest i przysiadłam się naprzeciwko. Lucas od razu zamówił drinka dla mnie oraz dla siebie, odstawiając wcześniejszy trunek, który - jak podejrzewałam - był o wiele mocniejszy. 
  Przez chwilę prowadziliśmy niezobowiązującą rozmowę, przy czym jego konwersacja opierała się głównie na przysuwaniu się do mnie coraz bliżej. Gdy jego ręka wylądowała na moim kolanie i zaczęła sunąć do góry wzdłuż uda, musiałam powstrzymać chęć połamania mu wszystkich palców. Kolejno zamawiał dla nas drinki, lecz nie wiedział, że pije sam. Kiedy tylko nie patrzył, wylewałam alkohol za siebie.
  Usłyszałam szum w słuchawce. Przeprosiłam go na chwilę i odeszłam na bok.
 - Długo to jeszcze potrwa? Muszę wiedzieć kiedy podstawić samochód - poinformowała mnie przyjaciółka. 
 - Będę gotowa za trzy minuty - zapewniłam. Kątem oka zauważyłam jak Lucas wsypuje mi coś do kieliszka. To tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że trzeba się nim zająć.
  Wróciłam do baru. Chwyciłam go za dwa końce krawata i przyciągnęłam do siebie. Położył ręce na mojej talii, a mnie aż skręciło z obrzydzenia. Poprowadziłam go do tylnych drzwi klubu. Wyszliśmy na zewnątrz, a ja mogłam znowu odetchnąć świeżym, nocnym powietrzem. Lucas popchnął mnie bezceremonialnie na ścianę, a jego ręce zaczęły dźwigać moją sukienkę. Miał z tym dość duże trudności, ze względu na to, że specjalnie wybrałam taki materiał. Był tak pijany, że nie zauważył kiedy wyciągnęłam rewolwer z torebki. Zaczął całować moją szyję i zsuwać usta niżej, gdy przyłożyłam mu lufę do piersi, centralnie w miejscu serca. Spojrzałam znudzona na zegarek. Lubiłam wielkie wejścia, więc wystrzeliłam, kiedy minęły dokładnie trzy minuty od rozmowy z Lie.
  Przedziurawiłam mu serce z kamienną miną.
  Mężczyznę odrzuciło do tyłu. Jego krew spryskała mi ubranie, szyję i policzki. Upadł na ziemię z wybałuszonymi oczami. Wykrwawiał się dość szybko. Przewróciłam go kopniakiem na bok.
  - Nie martw się, zaraz będzie po wszystkim - zapewniłam go beznamiętnym tonem. Sięgnęłam mu do kieszeni. Miał tam dokumenty oraz kluczyki do samochodu. Z drugiej kieszeni wyciągnęłam zwitek banknotów. Roy dał mi szczegółowe informacje co do pieniędzy. Kolejnym kopnięciem przewróciłam go znów na plecy i pomachałam pieniędzmi przed nosem, z uśmiechem. - Pan Cruger pozdrawia.
  Usłyszałam silnik samochodu. Lie zatrzymała pojazd przed zaułkiem i otworzyła mi drzwi. Przyjrzałam się z przechyloną głową trupowi, oceniając swoje dzieło. Następnie wyprostowałam się i wsiadłam do auta.
***
  Wstałam punkt ósma. Mój plan był prosty - spróbować się zrelaksować.
 Włożyłam płytę do odtwarzacza i podkręciłam głośność. W głośnikach rozbrzmiała muzyka mojego ulubionego zespołu - Fall Out Boy. Lie wyszła wcześniej do banku dopełnić formalności związane ze zleceniem więc nie musiałam obawiać się, że ją obudzę.
  Wyciągnęłam przybory do malowania. Położyłam czyste płótno na sztaludze, podwinęłam rękawy koszuli i zaczęłam tworzyć. Malowanie pomagało mi się wyładować. Rzucałam farby na płótno niemal po każdym zleceniu, mogłam wtedy pomyśleć.
 Usłyszałam dzwonek do drzwi. Zamarłam, z ręką nad obrazem. Lie nie musiała dzwonić, miała klucze. 
 Odłożyłam słoiczek z farbą i wytarłam ręce w jeansy. Otworzyłam drzwi i ujrzałam Toma, stojącego na werandzie.
  - Jestem zajęta - przywitałam go.
  - Wiem. Dlatego przyniosłem to - pomachał mi przed nosem papierową torbą ze Starbucks oraz różowym pudełkiem.
 - Pączki i kawa? - upewniłam się. Udałam, że się namyślam, po czym otworzyłam szeroko drzwi. - Wejdź, poddany i połóż ofiarę na stole w kuchni.
  Usłyszałam jego wesoły śmiech. Wszedł do środka i skierował się do wytyczonego miejsca, a ja podążyłam za nim.
  Przystanął przed sztalugą. Przeklęłam brzydko w myślach za to, że zapomniałam ją zasłonić.
  - Tym się zajmujesz? Malujesz? - spytał, przyglądając się obrazowi. 
  Ściągnęłam płótno i odłożyłam je na bok. Czułam jakbym obnażyła przed nim duszę - to co malowałam, pochodziło z jej wnętrza.
  - To jak bieganie, rozumiesz? Pozwala mi zapomnieć i się wyładować.
  Przytaknął.
  Nabrałam powietrza, uśmiechnęłam się radośnie.
  - Chodźmy na werandę - zaproponowałam. - Nie lubię zimnej kawy.
  Już chciałam go wyminąć, kiedy złapał mnie delikatnie za przeguby dłoni. Nachylił się lekko, a po twarzy błądził mu uśmiech. Wstrzymałam przez chwilę oddech i od razu skarciłam siebie, że on potrafi wywoływać u mnie takie reakcje. Uniósł jedną rękę i wysunął mi coś z koka. Potrząsnął mi tym przed oczami, wciąż się uśmiechając.
  - Ciekawe miejsce na przechowywanie przyborów.
  Wywróciłam oczami, odbierając mu pędzel. Wpięłam go w kok, ponieważ tak po prostu robiłam malując. Miałam go pod ręką, fryzura się trzymała, a może po prostu byłam zbyt roztrzepana. W każdym razie uznałam, że nie należy mu się wyjaśnienie.
  Wyszliśmy na zewnątrz i zajęliśmy miejsce przy szklanym, kawowym stoliku, który niegdyś wyniosłyśmy tu z Lie. Jedliśmy pączki, piliśmy kawę, a słońce grzało przyjemnie w plecy. Zdałam sobie sprawę, że lubię z nim rozmawiać. Był jedyną osobą, poza Lie oczywiście, z którą potrafiłam nawiązać normalną konwersację. Mogłam po prostu przestać myśleć na chwilę o problemach i skupić się na sobie. Nie pamiętam kiedy ostatni raz śmiałam się tak otwarcie.
  A potem, jak zwykle, wszystko runęło jak niestabilny domek z kart.
  - Słyszałaś o morderstwie przy jednym z klubów? - upił łyk swojej kawy.
  Serce zaczęło bić mi szybciej.
 - Tak - odparłam krótko i skubnęłam pączka, by dostać chwilę czasu. - Podejrzewają kogoś?
  - Nie, sprawca był zbyt uważny. Z resztą - otrzepał palce z lukru - Lucas miał wielu wrogów.
  Przyjrzałam mu się uważnie. Wyglądał tak niewinnie. Był tak niewinny. Serce mi się krajało, kiedy musiałam go okłamywać.
  - Mam nadzieję, że złapią tego kto to zrobił - powiedziałam, z fałszywym, 
współczującym uśmiechem.





***

*LIE*



  Siedziałam w czarnym samochodzie, mając idealny widok na bank. Trzymałam na kolanach laptop, a na siedzeniu obok - notebook. Wolałabym przeprowadzić całe włamanie w domu, ale muszę monitorować czy wszystko działa jak należy. Banki mają idealne zabezpieczenie, ale nawet w takim można znaleźć małą lukę, którą można wykorzystać na różne sposoby. Spojrzałam na ekran myśląc o tych wszystkich bogaczach, którzy stracą swój dobytek. Włamałam się do kamer z budynku oraz miejskich podkładając wczorajsze nagranie. Następnie, po wpisaniu paru linijek kodu, zawiesiłam system, a pieniądze zaczęły przelewać się na konto Roya. Wpatrywałam się w wnętrze banku, które ledwie widziałam. Czekałam na zamieszanie. Podskoczyłam na siedzeniu, kiedy komórka zaczęła dzwonić, a na ekranie pojawił się numer Dylana. 
  Odebrałam, wciąż obserwując budynek.
 - Lie, jesteś dzisiaj zajęta? - zapytał. 
  W końcu zaczęło się - ludzie zaczęli panikować i wybiegać z banku, a alarm wył, informując o włamaniu. 
  - Umh… tak - odpowiedziałam, trzymając telefon między uchem a ramieniem. Została jeszcze minuta do przelania całej kwoty na konto. 
  - Wpadniesz jutro do mnie? Chciałbym pogadać jak przyjaciel z przyjaciółką.
  Bank został pusty. Wyszłam z systemu, nie pozostawiając jakichkolwiek śladów.
  - Tak, tak - odpowiedziałam szybko, przypominając sobie o rozmowie Z trzy przecznice stąd można było już usłyszeć ryk syren policyjnych. Rozłączyłam się i rzuciłam telefon do schowka. Schowałam sprzęt do torby. Radiowóz był już cholernie blisko. Odpaliłam samochód i wyjechałam ostrożnie, chcąc nie zwracać na siebie uwagi. W samą porę zdążyłam opuścić niebezpieczne terytorium. 
*** 

  Zaparkowałam samochód na podjeździe i zabrałam swoje rzeczy. Skierowałam się do drzwi. Ku mojemu zdziwieniu na ganku siedziała Tori wraz z Tomem, zajadający się pączkami i kawą. 
  - Cześć, Lie - przywitał się chłopak. 
  - Cześć, Tom.
 Spojrzałam na przyjaciółkę, która przyglądała mi się bacznie. Kiwnęłam prawie niewidocznie, dając znak, że już wykonałam zlecenie. Tori dostrzegła gest i uśmiechnęła się smutno. Udałam się do pokoju zostawiając parę przyjaciół samych.

------------------------------------------------------------------------------------
Wiemy, że jest za mało Toma i Dylana, ale ciężko jest zrobić rozdział o przyzwoitej długości, pisany na dwie osoby i w miarę ogarnięty, by opisać wszystkie wydarzenia. Przepraszamy! Od następnego będzie już więcej naszych chłopców ;u;
~Autorki

środa, 1 lipca 2015

Rozdział 9



"That boy take me away, into the night.
Out of the hum of the street lights and into a forest."

*TORI*

Nowy York, sześć lat temu

  Naciągnęłam strzałę na cięciwę. Wymagało to ode mnie dużego wysiłku. Ręce mi zadrżały, cięciwa puściła, a grot chybił celu. Opuściłam łuk, zagryzając ze złości zęby.
  - Wolę rewolwer - wycedziłam, ale sięgnęłam po kolejną strzałę.
  Charles podszedł do mnie z założonymi rękami. Wyglądał na niezwykle rozbawionego. Uniósł mi lekko łokieć, przesunął moją lewą nogę nieco bardziej do przodu i usztywnił kolano. Naprowadził łuk na cel.
  - Spróbuj teraz. Napnij mięśnie. Trzymaj postawę. Wysil się, księżniczko! - polecił surowo.
  Zła na samą siebie, że mi się nie udaje oraz na Charlesa, za jego pretensjonalny ton, wypuściłam strzałę. Przebiła kukłę na wylot i wbiła się w drewniany pal po drugiej stronie. Chłopak zagwizdał z podziwem.
  - Bardzo dobrze - pochwalił mnie, szczerząc zęby. - Co zrobiłaś? - spytał jak nauczyciel, którzy szczyci się znajomością poprawnej odpowiedzi.
  - Strzeliłam.
  - Nie. Co zrobiłaś, by się zmotywować.
Wyobraziłam sobie, że jesteś tą kukłą.
  Wzięłam głęboki oddech i powoli opuściłam łuk.
  - Wkurzyłam się.
  Poklepał mnie po ramieniu.
  - Doskonale, księżniczko. Pamiętaj, do działania napędzają trzy rzeczy: strach, zemsta i miłość.
  Parsknęłam śmiechem, lecz poczułam, jakbym dostała pięścią w brzuch.
  - W zupełności zadowolę się tylko tym drugim - odparłam gorzko, odwracając wzrok.
  Zapadła cisza. Oboje wiedzieliśmy, że to nieprawda.
  - Hej, Charlie! - krzyknęła Lie, która siedziała z tyłu sali przed komputerami. - Chyba się włamałam!
  - Już idę, księżniczko! - odkrzyknął. Zanim jednak odszedł, posłał mi smutne spojrzenie, mówiące, iż dla mnie już za późno.

***

  Już miałam podejść do Toma, kiedy skręciłam w ostatnim momencie. Obrałam sobie miły, ciemny kąt i planowałam zaszyć się tam dopóki nie wróci Lie. Chętnie odjechałabym sama, lecz przeszkadzał mi fakt, że nie potrafiłam jeździć.
  Nagle czyjeś silne ręce objęły mnie w talii i odciągnęły delikatnie od zamierzonego kierunku. Niemal bez zastanowienia uderzyłam napastnika łokciem w żebra. Obróciłam się, gotowa złamać śmiałkowi nos, ale zatrzymałam rękę, widząc jak Tom próbuje nie zwijać się z bólu.
  - Chodziłaś na kurs samoobrony? - wykrztusił.
  - Nie podchodź do mnie od tyłu - syknęłam.
  - A jak mam do ciebie podchodzić? - spytał zaczepnie. Spiorunowałam go wzrokiem, ale komentarz bardziej mnie rozbawił, więc niezbyt mi to wyszło. Bardzo chciałam udać się do tego kąta i przeczekać to wszystko. To nie tak, że nie potrafiłam się bawić. Lubiłam imprezy, stanowiły dobre oderwanie od rzeczywistości. Jednak teraz, kiedy wrócił Roy, nie myślałam o dobrej zabawie. Tom, jakby czytał mi w myślach, wziął mnie pod ramię i pociągnął za sobą. Zaczęłam protestować. - Chyba nie chcesz tam iść - odparł tylko.
  - Co? Dlaczego? - odwróciłam się szybko. Kiedy grupka ludzi przesunęła się nieco w prawo, dostrzegłam obściskującą się namiętnie parę. - Fuj. 
  Tom uśmiechnął się z miną "a nie mówiłem?". Rozejrzał się dookoła. Wszyscy byli zajęci sobą. Poprowadził mnie w stronę tylnych drzwi. Wyszliśmy na zewnątrz; muzyka stała się nieco przytłumiona. Srebrna tarcza księżyca, doskonale widoczna na czystym niebie, rzucała światło na cały ogród. 
  - Czekaj - zatrzymałam się. - Gdzie idziemy?
  - Zobaczysz.
  Złapał mnie za rękę i zaczął biec. Adrenalina wstąpiła w moje żyły. Biegliśmy, czasem się potykając oraz chichocząc. Tom wspiął się na ogrodzenie i bez problemu je przeskoczył. Chciał mi pomóc, jednak zrobiłam to równie zwinnie sama, lądując na równych nogach. Poprowadził mnie w stronę plaży. Byłam szczęśliwa, móc wyrwać się z tamtego tłoku. Położyłam się na plecach, na wciąż ciepłym piasku.  Chłopak położył się obok mnie. Przez chwilę panowała cisza, ponieważ zapatrzyliśmy się w niebo. 
  Nie wiadomo dlaczego, zachciało mi się płakać. Nie pamiętałam kiedy po raz ostatni patrzyłam w gwiazdy niczym się nie martwiąc. Zapomniałam o Roy'u, widząc jasne konstelacje. Przypomniałam sobie jak kładłam się na trawie w Nowym Yorku jako mała dziewczynka i uczyłam się różnych gwiazdozbiorów z rodzicami. Robiłam to nawet tuż po tragedii, lecz już coraz rzadziej. Odkąd stałam się Tori, nie spojrzałam tak na niebo ani razu.
  - Coś się stało? - zaniepokoił się Tom. - Chcesz wrócić?
  - Nie - zaprotestowałam ze ściśniętym gardłem. Natychmiast się opanowałam. - Po prostu nie pamiętam kiedy po raz ostatni patrzyłam na gwiazdy w ten sposób. 
  Uśmiechnął się krzepiąco. Wskazał palcem na jakiś gwiazdozbiór.
  - To Mała Niedźwiedzica.
  Zdusiłam śmiech.
  - Wcale nie, to Strzelec.
  Zmarszczył brwi. Wyglądał na skonsternowanego. Zaraz jednak wybuchnął śmiechem, przyznając się do porażki. Sięgnęłam po jego dłoń i naprowadziłam go na inny gwiazdozbiór: - To Koziorożec, a właśnie to  - przesunęłam nasze złączone dłonie nieco w lewo - jest Mała Niedźwiedzica.
   Pokazałam mu jeszcze parę mniejszych konstelacji, kiedy zadzwonił mój telefon. Wyciągnęłam go niechętnie z kieszeni i podniosłam się do pozycji siedzącej, by odebrać. Po drugiej stronie odezwała się wkurzona Lie.
  - Jedziemy do domu, zamówiłam taksówkę.
  - Coś się dzieje? - brzmiała na naprawdę złą.
  - Wszystko się dzieje - odparła. - Wracasz ze mną?
  Westchnęłam ciężko.
  - Oczywiście, poczekaj na mnie.
  Tom przyglądał mi się uważnie. 
  - Już jedziesz? - usłyszałam nutkę smutku w jego głosie. Skinęłam, chowając telefon z powrotem. Wstał, a następnie pomógł mi. Potknęłam się niezdarnie, prawie na niego wpadając. Zaraz się odsunęłam, czując, jak płoną mi policzki. 
  - Było miło - powiedziałam zgodnie z prawdą.
  Uśmiechnął się. Ukłonił się żartobliwie.
  - Cała przyjemność po mojej stronie, panno Starkweather.
  Spuściłam głowę, kryjąc uśmiech.
  - I przepraszam, że cię zaatakowałam.
  Westchnął teatralnie.
  - Chyba mi się należało.
***

  Nazajutrz zebrałam się w sobie. Wzięłam głęboki wdech i poszłam po wskazówkę co do pierwszego zlecenia.


***

*LIE*

  
  Utarłam brudne ręce z pomidora do fartuszka w kratę i wrzuciłam pokrojone już warzywo na omlet, który skwierczał na patelni. Oparłam się o marmurowy blat, patrząc na tarczę zegara. 
  Minęły dokładnie dwadzieścia trzy minuty odkąd Tori wyszła po wskazówkę. Dziś pierwsze zlecenie. Nie wiedziałam co zamierza Roy, ale czułam, że będziemy mieć ręce pełne roboty. 
  Przeczesałam odruchowo włosy palcami, zatrzymując się na małym tatuażu z tyłu szyi - małym, czarnym krzyżyku. 
  Wczorajszy plan nie wypalił. Poddałam się, postanowiłam, że będę obserwować Dylana. Może zrobi jeden, fałszywy ruch. Przez ten czas, odkąd się poznaliśmy, zdążyłam go nawet polubić. Miał w sobie to coś, za co nie można go nienawidzić. Jednak ta rozmowa z wujem była dosyć dziwna.
  Ponownie spojrzałam na zegar - trzydzieści sześć minut. Bałam się o nią, chociaż wiedziałam, że potrafi się doskonale bronić. Przecież zabijała...ale jednak nie wiedziałam, do czego może być zdolny Cruger. 
  Zrzuciłam gotowy omlet na talerz i zasiadłam do stołu. Nie miałam zbytnio ochoty na posiek, lecz od wczoraj zjadłam jedynie chińszczyznę, więc próbowałam na siłę spożyć przynajmniej kawałek. Usłyszałam otwierane drzwi wejściowe i ciche kroki przyjaciółki. Wstałam szybko, a Tori weszła do kuchni z kamienną miną. Nie potrafiłam określić czy jest źle, czy może jest bardzo źle. Podeszłam do niej i przytuliłam. 
 - Damy radę - szepnęłam, a ta, przyznając mi rację, kiwnęła głową i uśmiechnęła się słabo. 
  - Musimy... - przerwała, patrząc na mój wibrujący telefon, znajdujący się na blacie. - Odbierz. 
  Westchnęłam; odebrałam połączenie od Dylana. 
  - Czy jesteś dzisiaj zajęta? - zapytał. 
  W sumie chciałabym na chwilę wyrwać się z tego bagna. Wczoraj poszłam jedynie ze względu na Tori, by mogła spotkać się z Tomem, gdyż dobrze wiedziałam, jak na nią działał. No i również z powodu próby zhakowania telefonu Dylana. 
  - Nie - odparłam krótko po chwili ciszy. 
  -Więc idziemy się dziś przejść - jego głos wskazywał na to, że jest w dobrym humorze. - Jeśli oczywiście nie masz nic przeciwko. 
  - Jasne, czemu nie.
 Spojrzałam na przyjaciółkę, która patrzyła na mnie zaciekawiona. Kiedy skończyłam rozmowę zabrałam talerz i wyrzuciłam jego zawartość do kosza.
*** 
  Spacerowaliśmy po Los Angeles zajadając się watą cukrową. Dylan wziął kawałek z mojego przysmaku po czym zaczął się delektować jego słodkim smakiem. 
  - Twoja jest lepsza - odparł ze zdegustowaną miną. 
  Zabrałam kawałek z jego waty i powiedziałam z udawaną powagą: 
  - Masz rację, moja jest lepsza. 
  Zaśmialiśmy się głośno, a pojedynczy przechodnie rzucili nam dziwne spojrzenie. 
  - Czemu wczoraj wyszłaś tak szybko? - przerwał milczenie, które z każdą sekundą stawało się coraz cięższe. 
  - Źle się poczułam. Poza tym, z tego co widziałam, byłeś zajęty niezłym towarzystwem - posłałam mu sójkę w bok. 
  - To tylko przypadkowe dziewczyny... - urwał, gdy usłyszeliśmy jak ktoś wykrzykuje jego imię. Odwróciliśmy się w tym samym czasie, słysząc ponowne nawoływania:
  - Dylan! - krzyczała jedna z dziewczyn. Miała na oko z szesnaście lat, brązowe krótkie włosy i wyglądała na na prawdę szczęśliwą, że udało jej się złapać idola. Koleżanka obok niej również była podekscytowana. Dylan uraczył ich swoim najlepszym uśmiechem i przytulił każdą. Kochał swoich fanów - można to było łatwo wywnioskować z jego zachowania. 
  - Mogę zdjęcie? - zapytała druga fanka, która do tej pory stała bez słowa. Odsunęłam się do tyłu, nie chcąc przeszkadzać, ale poczułam jak dziewczyna łapie mnie lekko za nadgarstek. - Ty również, proszę. Chciałabym mieć też zdjęcie z dziewczyną Dylana - powiedziała słodkim głosem, trzymając w ręku telefon i patrząc raz na mnie, raz na idola. 
  Poczułam się trochę speszona, kiedy dziewczyna nazwała mnie partnerką Dylana. 
 - Nie jesteśmy razem, tylko się przyjaźnimy - sprostowałam szybko. Dziewczyny wydały odgłos zawodu. Podeszłam do nich bliżej, ustawiając się na prośbę fanki do zdjęcia. Kiedy już było po wszystkim, a Dylan dał im autografy, pożegnały się. 
  - Wyglądacie razem słodko - powiedziała jeszcze jedna z dziewczyn i odeszły, ciesząc się spotkania idola. 
  Zrobiło mi się dosyć dziwnie, słysząc takie słowa. Łączyła nas jedynie przyjaźń, nad którą i tak trzeba było popracować. 
  Wróciliśmy do rozmowy, której tory potoczyły się na nasze wpadki z dzieciństwa. Skończyło się na tym, że płakałam ze śmiechu. Chciałam pobyć jeszcze chwilę z Dylanem bo w ten sposób mogłam oderwać się od rzeczywistości, lecz wiedziałam, że muszę już wracać. Czekało na mnie sprawdzenie przyszłego trupa oraz namierzenie go. Pożegnaliśmy się, a potem każde ruszyło w przeciwną stronę. 
  Pora wrócić do pracy.

------------------------------------------------------------------------
Nie ma żadnej akcji *buuuuu*. Możemy jednak zapewnić, że kolejny rozdział już taki nie będzie ^^ No i znowu dodajemy dzień przed umówionym terminem (rozdział dodany o 3:40, więc już czwartek!). 
Dziękujemy za każdy komentarz :3
~Autorki

piątek, 26 czerwca 2015

Rozdział 8


I cannot stop this sickness taking over
It takes control and drags me into nowhere.

*TORI*

*Nowy York, rok temu*


  Biegłyśmy, czując się jak ścigana zwierzyna. Kiedy znalazłyśmy się na obrzeżach miasta, dałam Julii znak, by się zatrzymała. Oparłam dłonie na kolanach, zginając się tym samym w pół. Złapała mnie kolka i miałam wrażenie, że zaraz zemdleję. Nawet ja nie byłam przystosowana do tak wielkich dystansów.
  - Gdzie...ten...cholerny...wóz? - wydyszała Julia.
 - Charlie...powinien być tu...lada chwila - odparłam, niemniej zdyszana. Kręciło mi się w głowie od nadmiaru adrenaliny oraz przebytych kilometrów.
  Kiedy uspokoiłyśmy oddechy na tyle, by móc normalnie rozmawiać, usiadłyśmy na wilgotnej od rosy ziemi. Uliczna latarnia po przeciwnej stronie szosy dawała bezpieczny półmrok, w którym nie musiałyśmy się niczego obawiać. 
  Usłyszałyśmy ciężki pomruk jeepa. Kiedy samochód wjechał w światło, bez problemu rozpoznałyśmy również jego kierowcę. Mężczyzna zatrzymał pojazd i wyskoczył na asfalt. W ręku trzymał kopertę.
  - Charles - powitałam go z ulgą. Niemal rzuciłam mu się na szyję.
 - Witaj, księżniczko - wyszczerzył do mnie zęby. Przytulił mnie i Julię. Czułam, że przyjmuje nasze bezpieczeństwo z ogromną ulgą. Wyciągnął w naszą stronę szarą kopertę. - Tutaj są dokumenty, akty własności, kluczyki do mieszkania...najważniejsze rzeczy. Pilnujcie tego jak oka w głowie. - Przykazał. - W jeepie znajdziecie resztę rzeczy.
Przyjęłam kopertę, nie sprawdzając nawet jej zawartości. Ufałam mu.
  - Nie wiem co byśmy bez ciebie zrobiły - odezwała się Julia. - Dziękujemy.
  - Podziękujecie kiedy znajdziecie się w Los Angeles, księżniczko - uśmiechnął się. Przytulił nas raz jeszcze. Łzy wezbrały mi do oczu. - A teraz jedźcie. Wszystko powinno wystarczyć na początek. Musicie przelać jeszcze pieniądze ze starego konta na nowe, a później całkowicie je usunąć. Nic nie może po was zostać, jasne?
  Przytaknęłyśmy zgodnie. Nie było czasu na długie pożegnania. Julia usiadła za kierownicą. Kiedy już ruszyłyśmy, odpakowałam zawartość koperty. Na nie do końca wyrobionych dowodach (brakowało jeszcze zdjęć) widniały nazwiska: Victoria Starkweather oraz Natalie Castey.
  Julia spojrzała mi przez ramię.
  - Gdzie zdjęcia?
  Przeczytałam szybko dołączoną do dowodów notkę. Zgniotłam papierek i zacisnęłam na nim palce, jakby był moją ostanią nadzieją. Przełknęłam gulę w gardle.
  - Musimy przejść...małą metamorfozę.
  Nastąpiło krótkie milczenie. Wiedziałam już co trzeba zrobić. Kazałam zatrzymać Julii samochód. Zjechałyśmy na pobocze. Spojrzała na mnie zaniepokojona. 
  - Musimy sobie przysiąc - zaczęłam z mocą. - Przysiąc, że nigdy nie wrócimy do tego co robiłyśmy. Że zaczniemy nowe życie.
  Julia odetchnęła ciężko. Wystawiłam mały palec.
  - Przysięgnij - nakazałam.
  Po dłuższej chwili zahaczyła swoim małym palcem o mój, co oznaczało zawartą przysięgę. Robiłyśmy tak jako dzieci, ale ten gest był czymś w rodzaju połączenia naszej starej, dobrej bajki oraz tej, w której byłyśmy złymi charakterami. Jedyne, przez co nie utraciłyśmy do końca naszego człowieczeństwa i nie poskradałyśmy zmysłów.
  - Przysięgam.
  Uśmiechnęłam się smutno. W końcu znów ruszyłyśmy w drogę. Turlałam notkę Charlesa między palcami kiedy opuszczałyśmy miasto.
 - Co jest tam napisane? - przyjaciółka zauważyła karteczkę. Wypuściłam wolno powietrze, ponieważ dostrzegłam w przekazie Charliego drugie dno.
“Zmieńcie się”

*Los Angeles, obecnie*

  Zapukałam delikatnie w drzwi przyjaciółki, by zasygnalizować swoją obecność. Stałam w progu z elektryczną świeczką w dłoniach. Trzymałam ją kurczowo jakby była moją ostatnią deską ratunku. Lie, która siedziała z laptopem na kolanach, odłożyła urządzenie gdy tylko mnie zobaczyła. Poklepała zachęcająco miejsce obok siebie. Wzięłam głęboki wdech i usiadłam, lecz na przeciwko niej.
  Położyłam świeczkę między nami.
 - Pamiętasz? - zapytałam cicho. Odchrząknęłam i zaczęłam mówić nieco głośniej: - Bawiłyśmy się w to jako dzieci. Świeczka Prawdy? - podsunęłam, a w duchu uśmiechnęłam się z powodu tej absurdalnej nazwy. - Osoba, która zapalała na niej światełko powinna mówić prawdę i tylko prawdę. A druga powinna wszystko jej wybaczyć.
  Lie uśmiechnęła się. Zapatrzyła się w zgaszony teraz, plastikowy płomyczek.
  - Rodzice nie pozwalali brać nam prawdziwych świeczek - zaśmiała się. - A jeśli skłamałaś, musiałaś zjeść łyżeczkę soli w ramach kary. Pamiętam.
  Poprawiłam się niespokojnie na łóżku. Usiadłam w siadzie skrzyżnym jak mała dziewczynka.
  - Czy...możemy w to teraz zagrać? - poprosiłam szeptem, czując jak ogarnia mnie panika, smutek, a także nagromadzone w ostatnich dniach przerażenie.
 - Tori, dlaczego chcesz się bawić w coś, co wymyśliłyśmy jako dzieci? - zaniepokoiła się.
  - Może jeśli wyznam ci prawdę jak dziecko, będę miała wyrzuty sumienia jak dziecko.
  Zapadła cisza. Dłonie, w których nadal trzymałam świeczkę, drżały delikatnie zdradzając moje obawy. Próbowałam je uspokoić, ale niezbyt mi to wychodziło. Zabrałam je więc i ukryłam za plecami, wpierw zapalając płomyczek.
  - Nie masz soli - zauważyła przyjaciółka z nerwowym śmiechem.
  - Nie zamierzam kłamać.
  Zaczęłam mówić. O Royu, o tym, że złamałam naszą przysięgę sprzed roku oraz zleceniach. Ciężar w miarę spadał mi z serca, barków i umysłu. Lie pozwalała mi się nim z sobą dzielić. Słuchała uważnie, nie dając po sobie znać, jak bardzo jest przerażona. Ale bała się tak samo jak ja, ponieważ znała konsekwencje aż za dobrze. Kiedy skończyłam poczułam wielką ulgę, iże mogłam jej się zwierzyć.
  Zgasiłam światełko, a pokój znów pogrążył się w półmroku jaki dawał niebieski ekran laptopa Lie.
  - Zrobimy to co nam każe - powiedziała w końcu. Wciąż patrzyła w zgaszoną świeczkę.
  - My?
  Wyrzuciła ręce w górę.
  - Chyba nie myślałaś, że zostawię cię z tym sama? - odparła, patrząc na mnie jak na idiotkę. Byłam jej za to niezwykle wdzięczna. - Działamy razem, Tori. Jak zawsze.
  Zdobyłam się na namiastkę uśmiechu.
  - Alexis i Julia znowu w akcji, co? - spytałam retorycznie, przełykając gorzkość tych słów.
  Lie westchnęła.
  - Na to wygląda.



*LIE*

  Gdy Tori opowiedziała mi o wszystkim, poczułam jak mój ciężar kłamstwa staje się jeszcze większy. Powinnam powiedzieć, że również złamałam dane słowo, ale czy teraz to ma jakikolwiek sens kiedy powrócił Roy? Nie. Teraz i tak znów powrócę oficjalnie do tego, do czego jestem stworzona. 
  Na ekranie laptopa wyświetliło się czarne okienko. Szybko założyłam słuchawki i zaczęłam słuchać rozmowy Dylana oraz Anthony'ego. 
  - Dylan, zastanów się... 
 - Znasz moje zdanie - oznajmił zimno chłopak.
  Westchnięcie wujka oraz ponowna próba, ale tym razem dobitna:
  - Masz się pojawić w... 
  Zakłócenia przerwały ważne zdanie Anthony'ego, które mogło mnie naprowadzić na właściwą drogę. Zaczęłam szybko wpisywać różne kombinacje, by powrócić do rozmowy. Moje oprogramowanie jakimś cudem się wyłączyło, nie miałam już żadnego dostępu do telefonu Dylana. Przeklnęłam głośno. Byłam o krok, by dowiedzieć się czy współpracuje z wujem, chociaż w systemie agencji, nie ma śladu aby był jednym z nich. Dalej miałam mieszane uczucia co do niego, a ta rozmowa potwierdziła moje obawy. Wkurzona zeszłam do salonu gdzie Tori oglądała wiadomości. Usiadłam obok niej, udając, że nic się nie stało. Powinnam jej powiedzieć o tym, że wujkiem Dylana jest człowiek, który chciał nas zabić, ale Roy...tego było za dużo. 
  Ciszę przerwała przyjaciółka.
  - Dzwonił Tom, zaprosił nas na domówkę - powiedziała, przełączając na inny kanał. Uśmiechnęłam się pod nosem - wpadłam na genialny pomysł. 
  Gdzie jest Tom, tam też Dylan. 
  - Jedziemy - odparłam zadowolona. Tori spojrzała na mnie zdziwiona, widziałam, że ma już zamiar odmówić - Nie ma mowy, musimy się rozerwać, masz pół godziny - powiedziałam, wstając z kanapy i udałam się do pokoju, by nie słyszeć marudzenia przyjaciółki. 
*** 
   - Lie, nie wiem czy to dobry pomysł. Nie cierpię ludzi.
 Udawałam, że jej nie słyszę i otworzyłam drzwi do domu Toma. Oczywiście były otwarte, by zaproszeni goście mogli wchodzić i wychodzić dobrowolnie.     
  Weszliśmy w tłum ludzi. Podłoga wibrowała pod wpływem basów. Ujrzałam Toma w centrum zainteresowania. Odwrócił się w naszą stronę, uśmiechnął się i staksował Tori od góry do dołu. 
  Uderzyłam ją lekko w ramię.
  - Idź do niego, bo zaraz wywierci w tobie dziurę wzrokiem - powiedziałam z uśmiechem. 
  Zaczęłam przeciskać się przez tłum, by choć na chwilę usiąść. Do uszu dochodziły tylko urywki różnych rozmów. Tom naprawdę zaprosił sporo ludzi, niektórzy bawili się świetnie, a nie którzy rzucali się na siebie wzajemnie. Czułam się jak worek treningowy. Nie chcący wpadłam na czarnowłosą kobietę ,a później zostałam odepchnięta na rudego mężczyznę. Trudno było mi dostrzec gdzie znajduje się jakiekolwiek wolne miejsce. Pchnięta przez kogoś znajdującego się za mną, poleciałam do przodu i uderzyła rękoma w chłopaka, stojącego do mnie tyłem. Szybko powróciłam do pionu, a moja ofiara odwróciła się w moją stronę. No tak, oczywiście. O'Brien. 
  - Lie, miło cię widzieć ,- oznajmił odsuwając się od grupki dziewczyn. Były w moim wieku lub trochę młodsze. Każda była piękna i wysoka, idealna dla Dylana. 
  - No, co za spotkanie - uśmiechnęłam się do niego. Dziewczyny wydawały się być niezadowolone, że odciągnęłam od nich aktora. Brunetka szepnęła mu coś na ucho po czym odwróciła się na wysokich szpilkach. -Widzę, że się dobrze bawisz.
  Dylan mruknął coś pod nosem i zabrał szklankę napoju procentowego z tacy, którą właśnie niósł barman, a następnie wręczył mi drinka.
  - Chodź zatańczyć - szepnął mi do ucha. Przytaknęłam na jego propozycję. 

*** 

  Piosenka lecąca teraz była przeznaczona dla par więc Dylan złapał mnie w talii i zaczęliśmy wolno się kołysać. 
  - Mogę skorzystać z twojego telefonu? - zapytałam nagle, głośno, by mnie usłyszał. 
  - Jasne - zaczął szukać po kieszeniach komórki.
  - Proszę - usłyszałam głos za sobą więc odwróciłam się do niższego ode mnie chłopaka, który trzymał w ręce telefon. Podziękowałam, a w myślach przeklinałam, wkurzona. Plan szlak trafił. 
  Oddaliłam się trochę dalej i udałam, że rozmawiam. Musiałam wymyślić inny pomysł, ale przez wypite trunki nie myślałam racjonalnie. Po pięciu minutach wróciłam i oddałam telefon mężczyźnie. Podziękowałam jeszcze raz. Kątem oka zauważyłam, że do Dylana ponownie przylepiły się dziewczyny. Wywróciłam oczami i wyszłam na zewnątrz by nabrać świeżego powietrza.

 -------------------------------------------------------------------------------
Uznałyśmy, że nie będziemy robić sobie nadziei na to, że będziemy dodawać posty regularnie XD Jednak jeden na tydzień na pewno się pojawi, szczególnie w okolicach piątku-niedzieli. Dziękujemy za każdy komentarz oraz obserwację, a najbardziej za samą chęć poznania tej historii.
~Autorki

czwartek, 18 czerwca 2015

Rozdział 7




"In the dark
And I’m right on the middle mark"

*TORI*



  Kilka kolejnych dni wyglądało dla mnie dokładnie tak samo. Nie spałam nocami, a moje serce podskakiwało przy każdym najcichszym dźwięku. Zasypiałam dopiero przy świetle dnia, wpierw upewniając się czy wszystkie drzwi i okna zostały dokładnie zamknięte. I tak w kółko, i w kółko - żyłam jak w pozytywce.
  Czwartego dnia niekończącej się rutyny, postanowiłam ją przerwać. Wzięłam długi prysznic, przebrałam się w strój do biegania i poszłam robić to, co pozwalało mi zapomnieć.
  Przebiegałam właśnie koło miejsca, w którym niedawno zabiłam sługusów Roya gdy serce po raz kolejny wykonało prawie śmiertelny fikołek. Skarciłam się w myślach i pobiegłam dalej. Ignorowałam dziewczynę, która biegła w pewnej odległości ode mnie i pewnie pewnie robiłabym tak dalej, gdyby nie wyciągnęła z kieszeni srebrnego dyktafonu.
  Skręciłam gwałtownie. Popchnęłam ją na drzewo. Z buta wysunęłam swój niezastąpiony nóż i przyłożyłam jej do gardła.
  - Suka na posyłki? - wycedziłam. - Jeśli Roy myśli, że nie oszczędzę cię tylko dlatego, że masz cycki, to popełnił wielki błąd.
  Dziewczyna uśmiechnęła się spokojnie. Wolną ręką odgarnęła z czoła kosmyk blond włosów.
  - Nie zrobisz mi krzywdy - odrzekła spokojnie.
  Tym razem to ja uśmiechnęłam się jadowicie, chociaż w środku wszystko we mnie buzowało.
  - Skąd ta pewność?
  I nacisnęłam delikatnie ostrzem na jej szyję. Na rękę skapnęła mi pojedyncza kropelka krwi. Dziewczyna skrzywiła się, zaczęła ciężko oddychać. Chyba się przeliczyła. Poprawiło mi to nieco humor.
  - Ponieważ nie chcesz, by twojej przyjaciółce stała się krzywda - powiedziała, na pozór spokojna. - Wasz dom jest otoczony. Na twoim miejscu - to mówiąc, wsunęła mi dyktafon do kieszeni - nie ignorowałbym tej wiadomości.
  Puściłam ją, pragnąc - po raz pierwszy od roku - znów zabić z zimną krwią. Dziewczyna odbiegła jak gdyby nigdy nic. Wsadziłam rękę do kieszeni i poczułam chłód bijący od dyktafonu. Wyciągnęłam go szybko, chcąc jak najszybciej odsłuchać wiadomość.
  - Dostaniesz ode mnie dwanaście zleceń - mówił Roy. - Jutro dostaniesz pierwsze wskazówki. Zawiedź, a stracisz wszystko. To moja zemsta, Raven.
  Zagryzłam zęby, by nie krzyknąć. Podważyłam nożem wieczko urządzenia i powtórzyłam czynności z przed paru dni, całkowicie niszcząc wiadomość.
***

  Kiedy wracałam do domu, dostrzegłam postać biegnącą po plaży. Zaklęłam pod nosem, gdy zobaczyłam kto to. Próbowałam jakoś zgrabnie przemycić się do domu, nie mając siły na wysilone, przyjacielskie rozmowy. Jednak Tom uprzedził mnie.
  - Hej! - krzyknął.
  Zdobyłam się na uśmiech, lecz wciąż byłam wytrącona z równowagi przez wiadomość.
  - Hej.
 - Też tutaj biegasz? - spytał chłopak, niby od niechcenia. Pociągnął łyk z bidonu, nie odrywając ode mnie wzroku. Na głowę naciągnięty miał kaptur, a kostki u rąk obwiązane miał bandażami.
  - Po mojej prywatnej plaży? Owszem.
  Nie wydawał się zakłopotany. Mrugnął do mnie porozumiewawczo.
  - Dostałaś mojego sms-a? - zapytał tylko, rozcierając dłonie.
 - Powinnam go dostać? - wymigałam się. Chciałam wrócić już do domu. Jednocześnie Tom był jedyną osobą, z którą lubiłam rozmawiać poza Lie. Pewnie dlatego, że niezbyt angażowałam się w życie towarzyskie.
  Zaśmiał się cicho.
 - Dobrze, masz rację. Nie powinienem był robić tego przez telefon. - Nabrał powietrza jak przed długą przemową. - Na prawdę chciałbym cię lepiej poznać. Chciałabyś się gdzieś kiedyś wybrać?
  Nie, ponieważ nie mam nastroju. Nie, ponieważ wszystko może pójść nie tak. Nie, ponieważ jakiś psychopata ma zamiar się na mnie zemścić, chociaż nie wiem co mu zrobiłam.
  - Pewnie - wzruszyłam ramionami.

  Idiotka.
  Tom uśmiechnął się promiennie i wszystkie moje obawy nagle prysły. Miło było wiedzieć, iż ktoś z twojego powodu potrafi uśmiechnąć się tak pięknie i tak szeroko.



*LIE*



  Nabrałam powietrza i przekręciłam kluczyk w stacyjce, a audi odpowiedziało cichym pomrukiem. Wyjechałam na główną ulicę Westowood, kierując się do miejscowego sklepu komputerowego. 
  Ostatnie cztery dni były małym epizodem w życiu. Miałam już swój plan - włamać się do bazy agentów NY i sprawdzić wszystko dokładnie oraz pokazać im, że ktoś może ich zniszczyć. Potrzebowałam tylko sprzętu i paru gadżetów, ale laptop, który zazwyczaj mi wystarczył uległ wypadkowi, wpadając z impetem na ścianę. 
  Zatrzymałam się na podjeździe szarego, niskiego budynku. Pociągnęłam łyk gorącej czekolady, którą zabrałam z domu. Otworzyłam drzwi, a po sklepie rozszedł się dziwny dźwięk, ogłaszający sprzedawcy, że przyszedł nowy klient. Rozejrzałam się dookoła i już rzuciły mi się w oczy rzeczy, których potrzebuję.    Niski chłopak z brązowymi loczkami, najwyraźniej stażysta, wyjrzał za kartonów pełnych kabli i podszedł do mnie, potykając się o pudła leżące na podłodze 
  - Dzień dobry, pomóc w czymś? - zaoferował swoją pomoc.
  - Nie, dziękuję. Ja tylko po parę rzeczy - odparłam z uśmiechem i zabrałam czarny koszyk z rogu. Przechodziłam przez regały i wkładałam do koszyka płyty, dyski, przełącza. Czułam na sobie wzrok chłopaka, który był niezbyt zadowolony, że nie chciałam jego pomocy. Przejrzałam wzrokiem karty informacyjne o poszczególnych laptopach i komputerach. 
  - A może jednak pomóc? - usłyszałam za sobą głos, wkładając do koszyka wybrany laptop. Wydawało mi się, że miał coś do roboty, na przykład wypakowywanie kabli. Odwróciłam sie do niego z sztucznym, szerokim uśmiechem.
  - A właściwie...- odparłam przechodząc na przeciwny regał - chcę kupić ten komputer i dwa monitory - wskazałam palcem na sprzęt. Dobrałam jeszcze parę rzeczy, a potem skupiłam uwagę na stażyście, który zabierał już ostatni monitor do kasy. Udałam się za nim stając przy biurku i zapłaciłam za towar. Zabrałam dużą torbę i powlokłam się do samochodu. Włożyłam ją do bagażnika, pobiegłam ponownie do sklepu po ostatni zakup, który w połowie zasłaniał mi widoczność swoją wielkością. Usłyszałam tylko dzwoneczek i zamykane drzwi. 
  - Lie? - wypowiedział moje imię znajomy głos. Zniżyłam torbę i zobaczyłam Dylana.
  - Hej - odparłam, przypominając sobie ostatni raz kiedy obudziłam się w jego łazience. 
  - Pomogę ci.
  Podszedł bliżej, zabrał torbę z moich rąk. Podziękowałam mu i przytrzymałam otwarte drzwi. Położył ostrożnie towar do bagażnika obok drugiej. Odwrócił się w moją stronę i zapadła cisza. 
  - Dziwnie to wyszło z tym ostatnim razem...- zaczął a ja przerwałam mu w połowie gestem. 
  - Zapomnijmy o tym. 
  Wolałam o tym zapomnieć, nie chciałam wiedzieć co robiłam pod wpływem alkoholu. 
  Dylan kiwnął tylko głową na znak że jest za.
  - A może dałabyś mi swój numer telefonu, no wiesz...pogadać? - zapytał wyciągając telefon w moją stronę. 
  - Jasne - Wpisałam numer na telefonie, ale moje drugie oblicze również zrobiło swoje. Wgrałam szybko wirusa, który będzie mi dostarczał dane i wszelkie informacje kiedy chłopak skontaktuje się z wujem. - Proszę. - Odparłam, wręczając mu telefon. Dylan przytulił mnie na pożegnanie i wrócił do sklepu. Stałam parę sekund jak wryta, nikt mnie od dawna nie przytulał co było dla mnie dziwnym zachowaniem. Wsiadłam do samochodu i pojechałam prosto do domu.


--------------------------------------------------------------
Rozdziały miały pojawiać się co tydzień, ale weny nie ogarniesz XD Pojawił się więc szybciej, mamy nadzieję, że jesteście zadowoleni ^^
~Autorki

sobota, 13 czerwca 2015

Rozdział 6



"Now I’m just numb
Don’t' mind me I’m just a son of a gun"

*TORI*


Nowy York, dwa lata wcześniej


  Weszłam do domu, kładąc broń na komodzie. Otarłam policzek z plamek krwi, udając się do salonu. Julia siedziała przed telewizorem i oglądała wiadomości. Przystanęłam za kanapą, marszcząc brwi.
  - Co jest? - wskazałam na ekran, gdzie za prezenterem uwijała się grupka śledczych.
  - Morderstwo - wzruszyła ramionami. Wyłączyła telewizor i obróciła się w moją stronę, z kubkiem w ręku. - Miałaś z tym coś wspólnego?
  Prychnęłam, rozpuszczając włosy. Przeczesałam je palcami, chcąc upewnić się czy nie ma w nich żadnych obrzydliwych pozostałości po ofierze - oddałam strzał z bliska.
  - Nie robiłabym wokół siebie takiego szumu. - Odparłam krótko. - Kto to był?
  - Lindeen McCarthy.
  Zastanowiłam się przez chwilę, jednak nazwisko nic mi nie mówiło. Julia, widząc moją skonsternowaną minę, dodała:
  - Niedoszła pani Cruger.
  Momentalnie skojarzyłam wszystkie fakty.
 Roy Cruger miał ożenić się z córką bogatego biznesmena. Na "rynku" aż huczało od plotek; mówiło się, że małżeństwo zawiązano pod groźbą niespłaconych długów pana młodego. Prędzej czy później spodziewano się śmierci ojca dziewczyny, a może nawet i jej samej.
  Jednak do ślubu jeszcze nie doszło.
  - To nie ma sensu - wymamrotałam, opadając na kanapę.
  Julia włączyła z powrotem urządzenie, przełączając na kreskówki.
  - Nic tutaj nie ma sensu, Alex.


***

Los Angeles, obecnie


  Nie spałam całą noc. Kołysałam się w przód i w tył, z nożem w ręku. Byłam gotowa na atak w każdej chwili. Serce kołatało mi się w piersi jak szalone, niezwykle podatne na długotrwały stres.
  Kiedy rano schodziłam na dół, byłam więcej niż pewna, iż na mojej bladej cerze odznacza się pod oczami siateczka żył oraz cienie.
  Lie siedziała zmartwiona przy kuchennym blacie. Ominęłam ją, by nalać sobie kawy, totalnie nieprzytomna.
  - Tom dzwonił - odezwała się w końcu, podsuwając mi nos moją komórkę. Spojrzałam na ekran jednak cyferki rozmazywały mi się przed oczami. Kiedy udało mi się odzyskać ostrość widzenia, zobaczyłam sześć nieodebranych połączeń.
  - Skąd on ,do cholery, ma mój numer? - spytałam i oparłam głowę na ręce. Zmieszałam łyżeczką w czarnej jak smoła kawie - bez cukru i śmietanki. Na trzeźwo w życiu bym takiej nie wypiła.
  - Dzwoniłaś do niego wczoraj - przypomniała mi przyjaciółka. - Co się z tobą dzieje?
  Zbyłam to pytanie.
  - Co chciał? - wskazałam tylko sennym ruchem głowy na aparat.
  Tym razem to ona wzruszyła ramionami.
  - Nie odebrałam.
  Zapadła cisza. Było mi niedobrze, bolała mnie głowa, a głowa zsuwała się co chwilę z dłoni. Powieki ciążyły niemiłosiernie.
  - Tori, nie zrozum mnie źle, ale wyglądasz jak zombie. Idź na górę i prześpij się, dobrze?
  Posłałam jej wymuszony, zmęczony uśmiech. Podniosłam się z krzesła, zostawiając kawę. Zagarnęłam telefon ze sobą i jakoś dotarłam znów na górę. Położyłam się ostrożnie na łóżku, jako że każdy najmniejszy ruch przeszywał mnie na wskroś bólem. Kiedy już zamykałam oczy, komórka znów zapiszczała głośno. Tom.

"W ciągu dwóch dni pokazałaś mi więcej swoich wcieleń niż zdołałem zobaczyć u innych ludzi. Nie chcę się narzucać, ale pozwól zobaczy mi prawdziwą Ciebie."

  Po dłuższym zastanowieniu, skasowałam sms-a. Zacisnęłam mocno powieki. Przewróciłam się na drugi bok i przytuliłam do siebie poduszkę. Nie musiałam długo czekać na sen.




*LIE*

  Ocknęłam się, leżąc głową na stole. Przez szyję przeszedł ból. Oparłam się o krzesło, masując obolałe miejsce. Wolną ręką dotknęłam telefonu, a ten ukazał godzinę 11:43 AM. 
  Pomimo późnego rana dalej byłam nie wyspana. Odsunęłam krzesło szurając nim o podłogę. Dopiero po chwili wstałam i podeszłam do ekspresu. Nacisnęłam mały, czerwony guziczek, a z urządzenia wydobyła się para oraz odgłosy lanej kawy. Oparłam się tyłem o blat mając różnego rodzaju myśli: czy Dylan coś ukrywa? A może już wiedzą o nas i tylko czekają na dobry moment? Czy chłopak, który jest na pozór miły, może być naszym największym wrogiem? Czy współpracuje z wujem? 
  Z zadawanych sobie samej pytań wyrwał mnie dźwięk gotowej kawy. Nalałam ostrożnie czarny napój zawierający kofeinę do białego kubka i z powrotem odstawiłam opróżniony do połowy dzbanek. Usiadłam wygodnie na kanapie w salonie, trzymając gorącą kawę. Wpatrywałam się, jak na zewnątrz, woda roztrzaskuje się o brzeg. Czy rodzina O'Brien ma wiele do ukrycia? Cofnęłam się pamięcią przypominając sobie ostatnią noc w Nowym Jorku i od razu poczułam, jak po moim ciele rozpływają się zimne dreszcze. Spojrzałam na laptopa, który leżał na podłodze tak, jak zostawiłam go wieczorem. Poczułam w sobie złość i trudne do opisania uczucie. Odłożyłam kubek już letnej kofeiny, a w zamian wzięłam czarną aparaturę. Bez jakiegokolwiek zastanowienia rzuciłam nim o ścianę. Spadł z hukiem. Jego ekran był roztrzaskany na większe odłamy szkła, jak również wygięty; klawiatura leżała rozrzucona, tak samo jak dysk i karty. Usłyszałam charakterystyczny dźwiek otwieranych drzwi z pokoju Tori.
  - Lie? Co się dzieje? - zapytała słabym głosem.
  - Nic, nic - zapewniłam przyjaciółkę, biorąc łyk gorzkiego napoju, a na mojej twarzy pojawił się grymas. Drzwi z powrotem się zamknęły i znów zapadła cisza. 


***
    Ten pomysł nie był najlepszy, ale niestety najlepszy z tego co przyszło mi do głowy. Nie miałam innego sposobu, by się rozerwać i na chwilę zapomnieć niż pójście na dyskotekę. 
  Klub był najbardziej znany i oblegany przez ludzi bogatego pokroju. Wyciągnęłam z kieszonki dowód - oczywiście sfałszowany, nie jestem nawet pełnoletnia i nie mam prawa pojawiać się na takich imprezach. Nikt jednak nie wie z kim naprawdę rozmawia. 
  Pomachałam dokumentem przed nosem napakowanego ochroniarza, a ten patrzył to na dowód, to na mnie, orientując się czy wszystko się zgadza. Gdy już był w stu procentach pewny, że jestem pełnoletnia, wpuścił mnie do środka, oddając dowód tożsamości. 
  Weszłam zadowolona do klubu, z chęcią zabawy. Stanęłam przy barierce rozglądając się po sali. Po obu stronach znajdowały się klatki, gdzie skąpo ubrane kobiety tańczyły...A raczej pokazywały swoje erotyczne ruchy. Kolorowe światła i lasery szalały po całym pomieszczeniu, oślepiając. Na środku stał młody DJ otoczony przez ludzi, którzy krzyczeli i wymachiwali do góry rękoma. Zeszłam z podestu, kierując się na parkiet. Poczułam na sobie ręce, więc gwałtownie odwróciłam się w stronę wysokiego mężczyzny, który nonszalancko się uśmiechał i zachęcał do wspólnego tańczenia. 
   Lasery zaczęły wirować w rytm muzyki. Sala stała się czerwona, a zielone lampy zatrzymały się w miejscu, by ponownie rozszaleć się po pomieszczeniu.
Z każdego rogu wyleciał sztuczny dym, który pożarł w parę minut całą dyskotekę. Mężczyzna złapał mnie w talii, a ja zaczęłam wymachiwać rękoma i skakać. DJ dawał z siebie wszystko, śpiewając i zajmując sie swoją aparaturą. Czerwona sala zmieniała kolor z fioletowego na niebieski, by po chwili zgasnąć całkowicie, a następnie rozświetlić się na pomarańczowo. 

  Dłonie chłopaka powędrowały nieco niżej, co już niezbyt mi się spodobało. Poczułam słodką woń, która po paru minutach straciła na sile. Poczułam się tylko lekko otępiała. Wszystko wokół mnie zaczęło wirować i zrobiło się duszno. Idąc do baru, trzymałam się wszystkich i wszystkiego napotykanego na drodze. Tłum bez ustanku tańczył, kobiety w skąpych kawałkach ubrań tańczyły jeszcze bardziej oraz posyłały pocałunki, zamknięte w klatkach.     Wybuchłam niekontrolowanym śmiechem bez powodu. Tanecznym krokiem udałam się do baru, lecz zatrzymałam się gwałtownie, gdy poczułam czyjeś ręce spoczywające na moim tyłku. 
  Zaśmiałam się pod nosem i przygryzłam dolną wargę. Odwróciłam się do bezwstydnego podrywacza. 
  -Szanowny pan O'Brien - wybełkotałam z śmiechem, zakrywając szybko usta i trzepocząc rzęsami. 
  - Niebiezpieczna Lie - odparł pijany Dylan. 
  Na sali ponownie pojawił się sztuczny dym i słodka woń. Tekst piosenki stał się wolniejszy jak i tłum zwolnił, by ponownie ruszyć dzikim tańcem. Ręce chłopaka ruszyły z tyłka w górę pod koszulkę, zatrzymując się na gołej skórze. Zaczeliśmy podskakiwać blisko siebie i śmiać się bez jakiegokolwiek powodu, a nasze oddechy stawały się coraz to szybsze. W całym pomieszczeniu zrobiło się ciemno, a głosy stały się zniekształcone. 


*** 

  Poczułam coś mokrego i zimnego na plecach. Gwałtownie otworzyłam oczy, poderwałam się do siadu. Odruchowo zacisnęłam zęby kiedy ból rozszedł się po całej głowie. 
  Rozejrzałam się dookoła. Siedziałam w wannie, a w dodatku nie byłam u siebie. Przypomniałam sobie dyskotekę oraz Dylana. Potem była już ciemność.   Wygramoliłam się z wanny wyciągając broń. Przesunęłam cicho zasuwkę, otwierając drzwi. 
  Korytarz był kremowy. Po lewej stronie znajdowało się przejście do salonu. Oparłam się o ścianę i spojrzałam w głąb pokoju. Na kanapie spał Dylan.   Cholera, pomyślałam. Miałam szansę uciec, niezauważona. Zastanawiało mnie jednak, co robiłam w domu O'Briena. Udałam się jak najciszej do drzwi wejściowych, gdy rozległ się dźwięk dzwonka oraz pukanie. W salonie usłyszałam pomruki i kroki Dylana. Schowałam nóż z powrotem na swoje miejsce. 
  - Lie, już wstałaś? - odparł, drapiąc się po głowie.
  Spojrzałam na niego jak na idiotę.
   -Skąd ja się tu wzięłam, do cholery? -zapytałam, lekko podnosząc ton
 
- Więc...zamówiłem taksówkę, ale dziwnie się zachowywałaś, po czym zasnęłaś. Przywiozłem cię do mnie i zaniosłem do łóżka. 
  Jeszcze mi tego brakowało - by nocować u przypuszczalnego wroga. Ponownie usłyszeliśmy dzwonienie i natarczywe pukanie. 
  -JUŻ!- krzyknął chłopak w stronę drzwi i poszedł je otworzyć. Stałam przez chwilę bez ruchu po czym ruszyłam żwawo nie zważając na ból skroni. Do korytarza wszedł Tom Hiddleston, a za nim Dylan. Tom nie krył zaskoczenia, co wkurzyło mnie. 
   -Dzięki, ale już pójdę - odparłam, wymijając mężczyznę. Dylan złapał mnie za rękę. 
  -Nie wygłupiaj się, zostań na śniadaniu.   
  Spojrzałam na niego ostro.
  - Puszczaj - wycedziłam i wyrwałam swoją rękę.
  Odwróciłam się i szybko wyszłam z tego przeklętego domu. Wybiegłam na uliczkę. Pobiegłam w prawo, chcąc jak najszybciej znaleźć się u siebie.



-------------------------------------------------------
Na początek chcemy podziękować wszystkim czytelnikom, szczególnie tym, którzy są z nami cały czas. Bardzo motywujecie nas do pisania ^^ Poza tym od teraz rozdziały powinny pojawiać się systematycznie,czyli co tydzień. 
~Autorki





sobota, 6 czerwca 2015

Rozdział 5



*Piosenka dla nastroju:*

I'm not sick but still so far away from sane.

*TORI*



  Przez cały czas myślałam o ciążącym, srebrnym dowodzie w kieszonce moich spodni. Kiedy Roy dowiedział się o naszej prawdziwej tożsamości musiałam zacząć się go obawiać. Chciałam wrócić do pokoju i odsłuchać wiadomość jaką mi zostawił. Chociażby z czystej ciekawości.
  - Tori?
  Otrząsnęłam się z zamyślenia. Spojrzałam zdezorientowana na Toma, który patrzył na mnie wyczekująco.
  - Wybacz, mówiłeś coś?
  Westchnął. Ujął moje dłonie gestem tak niespodziewanym, że nie odważyłam się ich cofnąć. Zamrugałam zbita z tropu, wciąż błądząc myślami gdzieś daleko.
  - Mówiłem przez ten cały czas - wyjaśnił z nieśmiałym uśmiechem, przypatrując się moim rękom. Ze smutkiem pogładził jedną z blizn. Jedną z wielu jakie nabyłam w młodości ćwicząc strzelanie. - Skąd je masz?
  To mnie ocuciło. Wyrwałam stanowczo dłonie z delikatnego uścisku. Nieświadomie sama dotknęłam jednego wyblakłych zgrubień. Odwróciłam szybko wzrok, zawstydzona swoim gwałtownych zachowaniem. Tom spojrzał na mnie nic nie rozumiejąc.
  - To nic takiego - odparłam tylko.
  Zacisnął usta w wąską kreskę, lecz nie skomentował mojej odpowiedzi. Uśmiechnął się jedynie wymuszenie. Wskazał ruchem głowy na Dylana i Lie zmierzających w naszą stronę.
  - Chyba będziemy się już zbierać. Dziękuję za zaproszenie, Tori.
  - Nic takiego - powtórzyłam.

***

  Po wyjściu gości pobiegłam od razu do swojej sypialni. Przekręciłam klucz w zamku, nasłuchując przez chwilę. Usłyszałam kroki Lie i pukanie do drzwi. Westchnięcie, po czym ponownie kroki. Odetchnęłam głęboko, sięgając do kieszeni. Mały dyktafon napełniający mnie takim strachem. Nigdy nie sądziłam, że pokona mnie coś takiego.
  Wcisnęłam guzik, mimowolnie wstrzymując oddech. Głos, który popłynął z małego głośniczka, był głęboki, ale przestraszony. Zdesperowany.
  - Pomóż mi. Jeśli nie chcesz stracić jeszcze więcej, pomóż mi.
  Poczułam jak grunt usuwa mi się spod nóg. 
  Zerwałam się z miejsca. Podbiegłam do szafy i wyciągnęłam z niej ciężki kufer. Wspomnienia powróciły, ale przemogłam się, wybierając pojedynczą strzałę. Grotem rozłożyłam dyktafon na części, wyrwałam z niego taśmę, by następnie porwać ją na kawałki. Opadłam zmęczona na podłogę, ściskając drzewce broni w ręku.



***

*LIE*


  Zeszłam do salonu gdy Tori pobiegła do pokoju i zamknęła drzwi. Przyjaciółka dzisiejszego dnia zachowywała się dziwnie - najpierw zaaranżowała spotkanie, zaczęła piec, a potem zamknęła się w pokoju. 
  Podeszłam do barku, zabrałam butelkę wina i kieliszek. Nalałam lampkę czerwonej cieczy, kładąc ją na ziemię, by mieć ją pod ręką. Położyłam się na kanapie, kładąc laptopa na brzuch. Nacisnęłam mały przycisk, który pobudził urządzenie do życia. Pierwsze co przyszło mi do głowy to przelać pieniądze na nasze konto - wypadek, naprawa - to wszystko kosztuje, a miliony na koncie powoli znikają. Jednak wybiłam sobie ten pomysł z głowy, obiecałam sobie jak i Tori, że nie wrócimy do tego; nie chciałam łamać obietnicy. 
  Wpatrywałam się nędznie w ekran, zastanawiając się co mogę zrobić. Kliknęłam dwa razy w ikonkę i po chwili włączyło mi się okno przeglądarki. W pasek wyszukiwarki wpisałam dwa słowa, a raczej imię i nazwisko: Dylan O'Brien. Chciałam się dowiedzieć parę faktów o chłopaku, który jest bardzo łaskawy skoro bez problemu wybaczył mi skasowanie jego jeepa. Nawet bez używania swoich umiejętności dowiedziałam się sporo o nim. Jest aktorem, ma dwadzieścia trzy lata, mieszał w Nowym Jorku. Najechałam kursorem na zakładkę z zdjęciami. Było ich sporo: sam na jakiejś gali, z jakąś dziewczyną, z Tomem i jedno zdjęcie z rodzicami oraz siostrą. Zaintrygowało mnie to więc zaczęłam szukać informacji na temat jego rodziny. Niestety - chroni swoją prywatność. Nie mogłam znaleźć niczego co mnie usatysfakcjonowało. 
  Wzięłam łyk wina i teatralnie strzeliłam palcami. 
  - No dobrze - powiedziałam sama do siebie. Użyłam swoich zdolności hakera i włamałam się na bazę danych wszystkich mieszkańców Kalifornii. Znalezienie samego O'Brien'a zajęło mi trochę czasu, ale w końcu na ekranie wyskoczyła mi cała rodzina O'Brien, ze zdjęciem dowodowym obok. Jego siostra, Julia ,była do niego podobna (a raczej on do niej bo była od niego starsza). Jego matka i ojciec wydawali się miłymi ludźmi, lecz gdy zobaczyłam konkretną osobę, moje serce na chwilę stanęło. 
  Usiadłam natychmiast wpatrując się w zdjęcie wujka Dylana. O nie, nie, nie.

   Rok temu, Nowy Jork 

   Tori, ubrana w czerń, podeszła do mnie, wymachując kopertą 
  - Nowe zlecenie - odparła, otwierając ją. Zawartość koperty położyła na szklanym stoliczku. Na kartce szlachetnego papieru znajdowało się zaledwie imię i nazwisko naszej ofiary. Anthony Benfield. Obok zdjęcie mężczyzny: krótkie, brązowe włosy, zarost i czekoladowe oczy. Od razu widać, że cholernie zamożny, jego garnitur pochodzi z najlepszej marki. 
  - No..no kolejny biznesmen - powiedziała z nieskrywaną radością przyjaciółka. 
    - Kolejny, biedny i martwy - wypowiedziałam wolno każde słowo, śmiejąc się. 

***

  Spojrzałam jeszcze raz na zdjęcie. Anthony O'Brien. Oczywiście feralnego wieczoru podał fałszywe nazwisko, wszystko było perfekcyjnie ułożone. To była wtedy pułapka. Ręce zaczęły mi się trząść kiedy kliknęłam na dane Anthony'ego. Nie było niczego co by wskazywało czym naprawdę się zajmuje. Domyśliłam się kim może być. Skoro zostawił na nas pułapkę musiał tym wszystkim kierować. 
  Po godzinnych przeszukiwaniach dowiedziałam się nawet sporo. Pracuje w agencji i jest na czele rangi najlepszych agentów. Mieszka dalej w Nowym Jorku, z wykształcenia jest nauczycielem i ma bliznę biegnącą przez prawy policzek. Teraz byłam już w stu procentach pewna. To on. Wujek Dylana jest agentem, który dalej na nas poluje. 
  Usłyszałam huk zamykanych drzwi i kroki Tori. Wyłączyłam laptopa, usuwając przedtem historię. 
  - Co robisz? - zapytała przyjaciółka, która usiadła obok mnie. 
  - Wychodzę - odpowiedziałam, wstając. Odłożyłam urządzenie na stół. Muszę wszystko przemyśleć, za dużo wydarzeń jak na jeden dzień. Ubrałam bluzę i czarne trampki. 
  - Gdzie idziesz? - spytała znów Tori. 
  - Przejść się - odparłam, zamykając za sobą drzwi. 
  Słońce już zachodziło, kiedy usiadłam na krawężniku naprzeciwko sklepu, zajadając się donatami. Przez rozmyślanie o tych wszystkich informacjach zrozumiałam jedno - muszę mieć Dylana na oku.