piątek, 26 czerwca 2015

Rozdział 8


I cannot stop this sickness taking over
It takes control and drags me into nowhere.

*TORI*

*Nowy York, rok temu*


  Biegłyśmy, czując się jak ścigana zwierzyna. Kiedy znalazłyśmy się na obrzeżach miasta, dałam Julii znak, by się zatrzymała. Oparłam dłonie na kolanach, zginając się tym samym w pół. Złapała mnie kolka i miałam wrażenie, że zaraz zemdleję. Nawet ja nie byłam przystosowana do tak wielkich dystansów.
  - Gdzie...ten...cholerny...wóz? - wydyszała Julia.
 - Charlie...powinien być tu...lada chwila - odparłam, niemniej zdyszana. Kręciło mi się w głowie od nadmiaru adrenaliny oraz przebytych kilometrów.
  Kiedy uspokoiłyśmy oddechy na tyle, by móc normalnie rozmawiać, usiadłyśmy na wilgotnej od rosy ziemi. Uliczna latarnia po przeciwnej stronie szosy dawała bezpieczny półmrok, w którym nie musiałyśmy się niczego obawiać. 
  Usłyszałyśmy ciężki pomruk jeepa. Kiedy samochód wjechał w światło, bez problemu rozpoznałyśmy również jego kierowcę. Mężczyzna zatrzymał pojazd i wyskoczył na asfalt. W ręku trzymał kopertę.
  - Charles - powitałam go z ulgą. Niemal rzuciłam mu się na szyję.
 - Witaj, księżniczko - wyszczerzył do mnie zęby. Przytulił mnie i Julię. Czułam, że przyjmuje nasze bezpieczeństwo z ogromną ulgą. Wyciągnął w naszą stronę szarą kopertę. - Tutaj są dokumenty, akty własności, kluczyki do mieszkania...najważniejsze rzeczy. Pilnujcie tego jak oka w głowie. - Przykazał. - W jeepie znajdziecie resztę rzeczy.
Przyjęłam kopertę, nie sprawdzając nawet jej zawartości. Ufałam mu.
  - Nie wiem co byśmy bez ciebie zrobiły - odezwała się Julia. - Dziękujemy.
  - Podziękujecie kiedy znajdziecie się w Los Angeles, księżniczko - uśmiechnął się. Przytulił nas raz jeszcze. Łzy wezbrały mi do oczu. - A teraz jedźcie. Wszystko powinno wystarczyć na początek. Musicie przelać jeszcze pieniądze ze starego konta na nowe, a później całkowicie je usunąć. Nic nie może po was zostać, jasne?
  Przytaknęłyśmy zgodnie. Nie było czasu na długie pożegnania. Julia usiadła za kierownicą. Kiedy już ruszyłyśmy, odpakowałam zawartość koperty. Na nie do końca wyrobionych dowodach (brakowało jeszcze zdjęć) widniały nazwiska: Victoria Starkweather oraz Natalie Castey.
  Julia spojrzała mi przez ramię.
  - Gdzie zdjęcia?
  Przeczytałam szybko dołączoną do dowodów notkę. Zgniotłam papierek i zacisnęłam na nim palce, jakby był moją ostanią nadzieją. Przełknęłam gulę w gardle.
  - Musimy przejść...małą metamorfozę.
  Nastąpiło krótkie milczenie. Wiedziałam już co trzeba zrobić. Kazałam zatrzymać Julii samochód. Zjechałyśmy na pobocze. Spojrzała na mnie zaniepokojona. 
  - Musimy sobie przysiąc - zaczęłam z mocą. - Przysiąc, że nigdy nie wrócimy do tego co robiłyśmy. Że zaczniemy nowe życie.
  Julia odetchnęła ciężko. Wystawiłam mały palec.
  - Przysięgnij - nakazałam.
  Po dłuższej chwili zahaczyła swoim małym palcem o mój, co oznaczało zawartą przysięgę. Robiłyśmy tak jako dzieci, ale ten gest był czymś w rodzaju połączenia naszej starej, dobrej bajki oraz tej, w której byłyśmy złymi charakterami. Jedyne, przez co nie utraciłyśmy do końca naszego człowieczeństwa i nie poskradałyśmy zmysłów.
  - Przysięgam.
  Uśmiechnęłam się smutno. W końcu znów ruszyłyśmy w drogę. Turlałam notkę Charlesa między palcami kiedy opuszczałyśmy miasto.
 - Co jest tam napisane? - przyjaciółka zauważyła karteczkę. Wypuściłam wolno powietrze, ponieważ dostrzegłam w przekazie Charliego drugie dno.
“Zmieńcie się”

*Los Angeles, obecnie*

  Zapukałam delikatnie w drzwi przyjaciółki, by zasygnalizować swoją obecność. Stałam w progu z elektryczną świeczką w dłoniach. Trzymałam ją kurczowo jakby była moją ostatnią deską ratunku. Lie, która siedziała z laptopem na kolanach, odłożyła urządzenie gdy tylko mnie zobaczyła. Poklepała zachęcająco miejsce obok siebie. Wzięłam głęboki wdech i usiadłam, lecz na przeciwko niej.
  Położyłam świeczkę między nami.
 - Pamiętasz? - zapytałam cicho. Odchrząknęłam i zaczęłam mówić nieco głośniej: - Bawiłyśmy się w to jako dzieci. Świeczka Prawdy? - podsunęłam, a w duchu uśmiechnęłam się z powodu tej absurdalnej nazwy. - Osoba, która zapalała na niej światełko powinna mówić prawdę i tylko prawdę. A druga powinna wszystko jej wybaczyć.
  Lie uśmiechnęła się. Zapatrzyła się w zgaszony teraz, plastikowy płomyczek.
  - Rodzice nie pozwalali brać nam prawdziwych świeczek - zaśmiała się. - A jeśli skłamałaś, musiałaś zjeść łyżeczkę soli w ramach kary. Pamiętam.
  Poprawiłam się niespokojnie na łóżku. Usiadłam w siadzie skrzyżnym jak mała dziewczynka.
  - Czy...możemy w to teraz zagrać? - poprosiłam szeptem, czując jak ogarnia mnie panika, smutek, a także nagromadzone w ostatnich dniach przerażenie.
 - Tori, dlaczego chcesz się bawić w coś, co wymyśliłyśmy jako dzieci? - zaniepokoiła się.
  - Może jeśli wyznam ci prawdę jak dziecko, będę miała wyrzuty sumienia jak dziecko.
  Zapadła cisza. Dłonie, w których nadal trzymałam świeczkę, drżały delikatnie zdradzając moje obawy. Próbowałam je uspokoić, ale niezbyt mi to wychodziło. Zabrałam je więc i ukryłam za plecami, wpierw zapalając płomyczek.
  - Nie masz soli - zauważyła przyjaciółka z nerwowym śmiechem.
  - Nie zamierzam kłamać.
  Zaczęłam mówić. O Royu, o tym, że złamałam naszą przysięgę sprzed roku oraz zleceniach. Ciężar w miarę spadał mi z serca, barków i umysłu. Lie pozwalała mi się nim z sobą dzielić. Słuchała uważnie, nie dając po sobie znać, jak bardzo jest przerażona. Ale bała się tak samo jak ja, ponieważ znała konsekwencje aż za dobrze. Kiedy skończyłam poczułam wielką ulgę, iże mogłam jej się zwierzyć.
  Zgasiłam światełko, a pokój znów pogrążył się w półmroku jaki dawał niebieski ekran laptopa Lie.
  - Zrobimy to co nam każe - powiedziała w końcu. Wciąż patrzyła w zgaszoną świeczkę.
  - My?
  Wyrzuciła ręce w górę.
  - Chyba nie myślałaś, że zostawię cię z tym sama? - odparła, patrząc na mnie jak na idiotkę. Byłam jej za to niezwykle wdzięczna. - Działamy razem, Tori. Jak zawsze.
  Zdobyłam się na namiastkę uśmiechu.
  - Alexis i Julia znowu w akcji, co? - spytałam retorycznie, przełykając gorzkość tych słów.
  Lie westchnęła.
  - Na to wygląda.



*LIE*

  Gdy Tori opowiedziała mi o wszystkim, poczułam jak mój ciężar kłamstwa staje się jeszcze większy. Powinnam powiedzieć, że również złamałam dane słowo, ale czy teraz to ma jakikolwiek sens kiedy powrócił Roy? Nie. Teraz i tak znów powrócę oficjalnie do tego, do czego jestem stworzona. 
  Na ekranie laptopa wyświetliło się czarne okienko. Szybko założyłam słuchawki i zaczęłam słuchać rozmowy Dylana oraz Anthony'ego. 
  - Dylan, zastanów się... 
 - Znasz moje zdanie - oznajmił zimno chłopak.
  Westchnięcie wujka oraz ponowna próba, ale tym razem dobitna:
  - Masz się pojawić w... 
  Zakłócenia przerwały ważne zdanie Anthony'ego, które mogło mnie naprowadzić na właściwą drogę. Zaczęłam szybko wpisywać różne kombinacje, by powrócić do rozmowy. Moje oprogramowanie jakimś cudem się wyłączyło, nie miałam już żadnego dostępu do telefonu Dylana. Przeklnęłam głośno. Byłam o krok, by dowiedzieć się czy współpracuje z wujem, chociaż w systemie agencji, nie ma śladu aby był jednym z nich. Dalej miałam mieszane uczucia co do niego, a ta rozmowa potwierdziła moje obawy. Wkurzona zeszłam do salonu gdzie Tori oglądała wiadomości. Usiadłam obok niej, udając, że nic się nie stało. Powinnam jej powiedzieć o tym, że wujkiem Dylana jest człowiek, który chciał nas zabić, ale Roy...tego było za dużo. 
  Ciszę przerwała przyjaciółka.
  - Dzwonił Tom, zaprosił nas na domówkę - powiedziała, przełączając na inny kanał. Uśmiechnęłam się pod nosem - wpadłam na genialny pomysł. 
  Gdzie jest Tom, tam też Dylan. 
  - Jedziemy - odparłam zadowolona. Tori spojrzała na mnie zdziwiona, widziałam, że ma już zamiar odmówić - Nie ma mowy, musimy się rozerwać, masz pół godziny - powiedziałam, wstając z kanapy i udałam się do pokoju, by nie słyszeć marudzenia przyjaciółki. 
*** 
   - Lie, nie wiem czy to dobry pomysł. Nie cierpię ludzi.
 Udawałam, że jej nie słyszę i otworzyłam drzwi do domu Toma. Oczywiście były otwarte, by zaproszeni goście mogli wchodzić i wychodzić dobrowolnie.     
  Weszliśmy w tłum ludzi. Podłoga wibrowała pod wpływem basów. Ujrzałam Toma w centrum zainteresowania. Odwrócił się w naszą stronę, uśmiechnął się i staksował Tori od góry do dołu. 
  Uderzyłam ją lekko w ramię.
  - Idź do niego, bo zaraz wywierci w tobie dziurę wzrokiem - powiedziałam z uśmiechem. 
  Zaczęłam przeciskać się przez tłum, by choć na chwilę usiąść. Do uszu dochodziły tylko urywki różnych rozmów. Tom naprawdę zaprosił sporo ludzi, niektórzy bawili się świetnie, a nie którzy rzucali się na siebie wzajemnie. Czułam się jak worek treningowy. Nie chcący wpadłam na czarnowłosą kobietę ,a później zostałam odepchnięta na rudego mężczyznę. Trudno było mi dostrzec gdzie znajduje się jakiekolwiek wolne miejsce. Pchnięta przez kogoś znajdującego się za mną, poleciałam do przodu i uderzyła rękoma w chłopaka, stojącego do mnie tyłem. Szybko powróciłam do pionu, a moja ofiara odwróciła się w moją stronę. No tak, oczywiście. O'Brien. 
  - Lie, miło cię widzieć ,- oznajmił odsuwając się od grupki dziewczyn. Były w moim wieku lub trochę młodsze. Każda była piękna i wysoka, idealna dla Dylana. 
  - No, co za spotkanie - uśmiechnęłam się do niego. Dziewczyny wydawały się być niezadowolone, że odciągnęłam od nich aktora. Brunetka szepnęła mu coś na ucho po czym odwróciła się na wysokich szpilkach. -Widzę, że się dobrze bawisz.
  Dylan mruknął coś pod nosem i zabrał szklankę napoju procentowego z tacy, którą właśnie niósł barman, a następnie wręczył mi drinka.
  - Chodź zatańczyć - szepnął mi do ucha. Przytaknęłam na jego propozycję. 

*** 

  Piosenka lecąca teraz była przeznaczona dla par więc Dylan złapał mnie w talii i zaczęliśmy wolno się kołysać. 
  - Mogę skorzystać z twojego telefonu? - zapytałam nagle, głośno, by mnie usłyszał. 
  - Jasne - zaczął szukać po kieszeniach komórki.
  - Proszę - usłyszałam głos za sobą więc odwróciłam się do niższego ode mnie chłopaka, który trzymał w ręce telefon. Podziękowałam, a w myślach przeklinałam, wkurzona. Plan szlak trafił. 
  Oddaliłam się trochę dalej i udałam, że rozmawiam. Musiałam wymyślić inny pomysł, ale przez wypite trunki nie myślałam racjonalnie. Po pięciu minutach wróciłam i oddałam telefon mężczyźnie. Podziękowałam jeszcze raz. Kątem oka zauważyłam, że do Dylana ponownie przylepiły się dziewczyny. Wywróciłam oczami i wyszłam na zewnątrz by nabrać świeżego powietrza.

 -------------------------------------------------------------------------------
Uznałyśmy, że nie będziemy robić sobie nadziei na to, że będziemy dodawać posty regularnie XD Jednak jeden na tydzień na pewno się pojawi, szczególnie w okolicach piątku-niedzieli. Dziękujemy za każdy komentarz oraz obserwację, a najbardziej za samą chęć poznania tej historii.
~Autorki

czwartek, 18 czerwca 2015

Rozdział 7




"In the dark
And I’m right on the middle mark"

*TORI*



  Kilka kolejnych dni wyglądało dla mnie dokładnie tak samo. Nie spałam nocami, a moje serce podskakiwało przy każdym najcichszym dźwięku. Zasypiałam dopiero przy świetle dnia, wpierw upewniając się czy wszystkie drzwi i okna zostały dokładnie zamknięte. I tak w kółko, i w kółko - żyłam jak w pozytywce.
  Czwartego dnia niekończącej się rutyny, postanowiłam ją przerwać. Wzięłam długi prysznic, przebrałam się w strój do biegania i poszłam robić to, co pozwalało mi zapomnieć.
  Przebiegałam właśnie koło miejsca, w którym niedawno zabiłam sługusów Roya gdy serce po raz kolejny wykonało prawie śmiertelny fikołek. Skarciłam się w myślach i pobiegłam dalej. Ignorowałam dziewczynę, która biegła w pewnej odległości ode mnie i pewnie pewnie robiłabym tak dalej, gdyby nie wyciągnęła z kieszeni srebrnego dyktafonu.
  Skręciłam gwałtownie. Popchnęłam ją na drzewo. Z buta wysunęłam swój niezastąpiony nóż i przyłożyłam jej do gardła.
  - Suka na posyłki? - wycedziłam. - Jeśli Roy myśli, że nie oszczędzę cię tylko dlatego, że masz cycki, to popełnił wielki błąd.
  Dziewczyna uśmiechnęła się spokojnie. Wolną ręką odgarnęła z czoła kosmyk blond włosów.
  - Nie zrobisz mi krzywdy - odrzekła spokojnie.
  Tym razem to ja uśmiechnęłam się jadowicie, chociaż w środku wszystko we mnie buzowało.
  - Skąd ta pewność?
  I nacisnęłam delikatnie ostrzem na jej szyję. Na rękę skapnęła mi pojedyncza kropelka krwi. Dziewczyna skrzywiła się, zaczęła ciężko oddychać. Chyba się przeliczyła. Poprawiło mi to nieco humor.
  - Ponieważ nie chcesz, by twojej przyjaciółce stała się krzywda - powiedziała, na pozór spokojna. - Wasz dom jest otoczony. Na twoim miejscu - to mówiąc, wsunęła mi dyktafon do kieszeni - nie ignorowałbym tej wiadomości.
  Puściłam ją, pragnąc - po raz pierwszy od roku - znów zabić z zimną krwią. Dziewczyna odbiegła jak gdyby nigdy nic. Wsadziłam rękę do kieszeni i poczułam chłód bijący od dyktafonu. Wyciągnęłam go szybko, chcąc jak najszybciej odsłuchać wiadomość.
  - Dostaniesz ode mnie dwanaście zleceń - mówił Roy. - Jutro dostaniesz pierwsze wskazówki. Zawiedź, a stracisz wszystko. To moja zemsta, Raven.
  Zagryzłam zęby, by nie krzyknąć. Podważyłam nożem wieczko urządzenia i powtórzyłam czynności z przed paru dni, całkowicie niszcząc wiadomość.
***

  Kiedy wracałam do domu, dostrzegłam postać biegnącą po plaży. Zaklęłam pod nosem, gdy zobaczyłam kto to. Próbowałam jakoś zgrabnie przemycić się do domu, nie mając siły na wysilone, przyjacielskie rozmowy. Jednak Tom uprzedził mnie.
  - Hej! - krzyknął.
  Zdobyłam się na uśmiech, lecz wciąż byłam wytrącona z równowagi przez wiadomość.
  - Hej.
 - Też tutaj biegasz? - spytał chłopak, niby od niechcenia. Pociągnął łyk z bidonu, nie odrywając ode mnie wzroku. Na głowę naciągnięty miał kaptur, a kostki u rąk obwiązane miał bandażami.
  - Po mojej prywatnej plaży? Owszem.
  Nie wydawał się zakłopotany. Mrugnął do mnie porozumiewawczo.
  - Dostałaś mojego sms-a? - zapytał tylko, rozcierając dłonie.
 - Powinnam go dostać? - wymigałam się. Chciałam wrócić już do domu. Jednocześnie Tom był jedyną osobą, z którą lubiłam rozmawiać poza Lie. Pewnie dlatego, że niezbyt angażowałam się w życie towarzyskie.
  Zaśmiał się cicho.
 - Dobrze, masz rację. Nie powinienem był robić tego przez telefon. - Nabrał powietrza jak przed długą przemową. - Na prawdę chciałbym cię lepiej poznać. Chciałabyś się gdzieś kiedyś wybrać?
  Nie, ponieważ nie mam nastroju. Nie, ponieważ wszystko może pójść nie tak. Nie, ponieważ jakiś psychopata ma zamiar się na mnie zemścić, chociaż nie wiem co mu zrobiłam.
  - Pewnie - wzruszyłam ramionami.

  Idiotka.
  Tom uśmiechnął się promiennie i wszystkie moje obawy nagle prysły. Miło było wiedzieć, iż ktoś z twojego powodu potrafi uśmiechnąć się tak pięknie i tak szeroko.



*LIE*



  Nabrałam powietrza i przekręciłam kluczyk w stacyjce, a audi odpowiedziało cichym pomrukiem. Wyjechałam na główną ulicę Westowood, kierując się do miejscowego sklepu komputerowego. 
  Ostatnie cztery dni były małym epizodem w życiu. Miałam już swój plan - włamać się do bazy agentów NY i sprawdzić wszystko dokładnie oraz pokazać im, że ktoś może ich zniszczyć. Potrzebowałam tylko sprzętu i paru gadżetów, ale laptop, który zazwyczaj mi wystarczył uległ wypadkowi, wpadając z impetem na ścianę. 
  Zatrzymałam się na podjeździe szarego, niskiego budynku. Pociągnęłam łyk gorącej czekolady, którą zabrałam z domu. Otworzyłam drzwi, a po sklepie rozszedł się dziwny dźwięk, ogłaszający sprzedawcy, że przyszedł nowy klient. Rozejrzałam się dookoła i już rzuciły mi się w oczy rzeczy, których potrzebuję.    Niski chłopak z brązowymi loczkami, najwyraźniej stażysta, wyjrzał za kartonów pełnych kabli i podszedł do mnie, potykając się o pudła leżące na podłodze 
  - Dzień dobry, pomóc w czymś? - zaoferował swoją pomoc.
  - Nie, dziękuję. Ja tylko po parę rzeczy - odparłam z uśmiechem i zabrałam czarny koszyk z rogu. Przechodziłam przez regały i wkładałam do koszyka płyty, dyski, przełącza. Czułam na sobie wzrok chłopaka, który był niezbyt zadowolony, że nie chciałam jego pomocy. Przejrzałam wzrokiem karty informacyjne o poszczególnych laptopach i komputerach. 
  - A może jednak pomóc? - usłyszałam za sobą głos, wkładając do koszyka wybrany laptop. Wydawało mi się, że miał coś do roboty, na przykład wypakowywanie kabli. Odwróciłam sie do niego z sztucznym, szerokim uśmiechem.
  - A właściwie...- odparłam przechodząc na przeciwny regał - chcę kupić ten komputer i dwa monitory - wskazałam palcem na sprzęt. Dobrałam jeszcze parę rzeczy, a potem skupiłam uwagę na stażyście, który zabierał już ostatni monitor do kasy. Udałam się za nim stając przy biurku i zapłaciłam za towar. Zabrałam dużą torbę i powlokłam się do samochodu. Włożyłam ją do bagażnika, pobiegłam ponownie do sklepu po ostatni zakup, który w połowie zasłaniał mi widoczność swoją wielkością. Usłyszałam tylko dzwoneczek i zamykane drzwi. 
  - Lie? - wypowiedział moje imię znajomy głos. Zniżyłam torbę i zobaczyłam Dylana.
  - Hej - odparłam, przypominając sobie ostatni raz kiedy obudziłam się w jego łazience. 
  - Pomogę ci.
  Podszedł bliżej, zabrał torbę z moich rąk. Podziękowałam mu i przytrzymałam otwarte drzwi. Położył ostrożnie towar do bagażnika obok drugiej. Odwrócił się w moją stronę i zapadła cisza. 
  - Dziwnie to wyszło z tym ostatnim razem...- zaczął a ja przerwałam mu w połowie gestem. 
  - Zapomnijmy o tym. 
  Wolałam o tym zapomnieć, nie chciałam wiedzieć co robiłam pod wpływem alkoholu. 
  Dylan kiwnął tylko głową na znak że jest za.
  - A może dałabyś mi swój numer telefonu, no wiesz...pogadać? - zapytał wyciągając telefon w moją stronę. 
  - Jasne - Wpisałam numer na telefonie, ale moje drugie oblicze również zrobiło swoje. Wgrałam szybko wirusa, który będzie mi dostarczał dane i wszelkie informacje kiedy chłopak skontaktuje się z wujem. - Proszę. - Odparłam, wręczając mu telefon. Dylan przytulił mnie na pożegnanie i wrócił do sklepu. Stałam parę sekund jak wryta, nikt mnie od dawna nie przytulał co było dla mnie dziwnym zachowaniem. Wsiadłam do samochodu i pojechałam prosto do domu.


--------------------------------------------------------------
Rozdziały miały pojawiać się co tydzień, ale weny nie ogarniesz XD Pojawił się więc szybciej, mamy nadzieję, że jesteście zadowoleni ^^
~Autorki

sobota, 13 czerwca 2015

Rozdział 6



"Now I’m just numb
Don’t' mind me I’m just a son of a gun"

*TORI*


Nowy York, dwa lata wcześniej


  Weszłam do domu, kładąc broń na komodzie. Otarłam policzek z plamek krwi, udając się do salonu. Julia siedziała przed telewizorem i oglądała wiadomości. Przystanęłam za kanapą, marszcząc brwi.
  - Co jest? - wskazałam na ekran, gdzie za prezenterem uwijała się grupka śledczych.
  - Morderstwo - wzruszyła ramionami. Wyłączyła telewizor i obróciła się w moją stronę, z kubkiem w ręku. - Miałaś z tym coś wspólnego?
  Prychnęłam, rozpuszczając włosy. Przeczesałam je palcami, chcąc upewnić się czy nie ma w nich żadnych obrzydliwych pozostałości po ofierze - oddałam strzał z bliska.
  - Nie robiłabym wokół siebie takiego szumu. - Odparłam krótko. - Kto to był?
  - Lindeen McCarthy.
  Zastanowiłam się przez chwilę, jednak nazwisko nic mi nie mówiło. Julia, widząc moją skonsternowaną minę, dodała:
  - Niedoszła pani Cruger.
  Momentalnie skojarzyłam wszystkie fakty.
 Roy Cruger miał ożenić się z córką bogatego biznesmena. Na "rynku" aż huczało od plotek; mówiło się, że małżeństwo zawiązano pod groźbą niespłaconych długów pana młodego. Prędzej czy później spodziewano się śmierci ojca dziewczyny, a może nawet i jej samej.
  Jednak do ślubu jeszcze nie doszło.
  - To nie ma sensu - wymamrotałam, opadając na kanapę.
  Julia włączyła z powrotem urządzenie, przełączając na kreskówki.
  - Nic tutaj nie ma sensu, Alex.


***

Los Angeles, obecnie


  Nie spałam całą noc. Kołysałam się w przód i w tył, z nożem w ręku. Byłam gotowa na atak w każdej chwili. Serce kołatało mi się w piersi jak szalone, niezwykle podatne na długotrwały stres.
  Kiedy rano schodziłam na dół, byłam więcej niż pewna, iż na mojej bladej cerze odznacza się pod oczami siateczka żył oraz cienie.
  Lie siedziała zmartwiona przy kuchennym blacie. Ominęłam ją, by nalać sobie kawy, totalnie nieprzytomna.
  - Tom dzwonił - odezwała się w końcu, podsuwając mi nos moją komórkę. Spojrzałam na ekran jednak cyferki rozmazywały mi się przed oczami. Kiedy udało mi się odzyskać ostrość widzenia, zobaczyłam sześć nieodebranych połączeń.
  - Skąd on ,do cholery, ma mój numer? - spytałam i oparłam głowę na ręce. Zmieszałam łyżeczką w czarnej jak smoła kawie - bez cukru i śmietanki. Na trzeźwo w życiu bym takiej nie wypiła.
  - Dzwoniłaś do niego wczoraj - przypomniała mi przyjaciółka. - Co się z tobą dzieje?
  Zbyłam to pytanie.
  - Co chciał? - wskazałam tylko sennym ruchem głowy na aparat.
  Tym razem to ona wzruszyła ramionami.
  - Nie odebrałam.
  Zapadła cisza. Było mi niedobrze, bolała mnie głowa, a głowa zsuwała się co chwilę z dłoni. Powieki ciążyły niemiłosiernie.
  - Tori, nie zrozum mnie źle, ale wyglądasz jak zombie. Idź na górę i prześpij się, dobrze?
  Posłałam jej wymuszony, zmęczony uśmiech. Podniosłam się z krzesła, zostawiając kawę. Zagarnęłam telefon ze sobą i jakoś dotarłam znów na górę. Położyłam się ostrożnie na łóżku, jako że każdy najmniejszy ruch przeszywał mnie na wskroś bólem. Kiedy już zamykałam oczy, komórka znów zapiszczała głośno. Tom.

"W ciągu dwóch dni pokazałaś mi więcej swoich wcieleń niż zdołałem zobaczyć u innych ludzi. Nie chcę się narzucać, ale pozwól zobaczy mi prawdziwą Ciebie."

  Po dłuższym zastanowieniu, skasowałam sms-a. Zacisnęłam mocno powieki. Przewróciłam się na drugi bok i przytuliłam do siebie poduszkę. Nie musiałam długo czekać na sen.




*LIE*

  Ocknęłam się, leżąc głową na stole. Przez szyję przeszedł ból. Oparłam się o krzesło, masując obolałe miejsce. Wolną ręką dotknęłam telefonu, a ten ukazał godzinę 11:43 AM. 
  Pomimo późnego rana dalej byłam nie wyspana. Odsunęłam krzesło szurając nim o podłogę. Dopiero po chwili wstałam i podeszłam do ekspresu. Nacisnęłam mały, czerwony guziczek, a z urządzenia wydobyła się para oraz odgłosy lanej kawy. Oparłam się tyłem o blat mając różnego rodzaju myśli: czy Dylan coś ukrywa? A może już wiedzą o nas i tylko czekają na dobry moment? Czy chłopak, który jest na pozór miły, może być naszym największym wrogiem? Czy współpracuje z wujem? 
  Z zadawanych sobie samej pytań wyrwał mnie dźwięk gotowej kawy. Nalałam ostrożnie czarny napój zawierający kofeinę do białego kubka i z powrotem odstawiłam opróżniony do połowy dzbanek. Usiadłam wygodnie na kanapie w salonie, trzymając gorącą kawę. Wpatrywałam się, jak na zewnątrz, woda roztrzaskuje się o brzeg. Czy rodzina O'Brien ma wiele do ukrycia? Cofnęłam się pamięcią przypominając sobie ostatnią noc w Nowym Jorku i od razu poczułam, jak po moim ciele rozpływają się zimne dreszcze. Spojrzałam na laptopa, który leżał na podłodze tak, jak zostawiłam go wieczorem. Poczułam w sobie złość i trudne do opisania uczucie. Odłożyłam kubek już letnej kofeiny, a w zamian wzięłam czarną aparaturę. Bez jakiegokolwiek zastanowienia rzuciłam nim o ścianę. Spadł z hukiem. Jego ekran był roztrzaskany na większe odłamy szkła, jak również wygięty; klawiatura leżała rozrzucona, tak samo jak dysk i karty. Usłyszałam charakterystyczny dźwiek otwieranych drzwi z pokoju Tori.
  - Lie? Co się dzieje? - zapytała słabym głosem.
  - Nic, nic - zapewniłam przyjaciółkę, biorąc łyk gorzkiego napoju, a na mojej twarzy pojawił się grymas. Drzwi z powrotem się zamknęły i znów zapadła cisza. 


***
    Ten pomysł nie był najlepszy, ale niestety najlepszy z tego co przyszło mi do głowy. Nie miałam innego sposobu, by się rozerwać i na chwilę zapomnieć niż pójście na dyskotekę. 
  Klub był najbardziej znany i oblegany przez ludzi bogatego pokroju. Wyciągnęłam z kieszonki dowód - oczywiście sfałszowany, nie jestem nawet pełnoletnia i nie mam prawa pojawiać się na takich imprezach. Nikt jednak nie wie z kim naprawdę rozmawia. 
  Pomachałam dokumentem przed nosem napakowanego ochroniarza, a ten patrzył to na dowód, to na mnie, orientując się czy wszystko się zgadza. Gdy już był w stu procentach pewny, że jestem pełnoletnia, wpuścił mnie do środka, oddając dowód tożsamości. 
  Weszłam zadowolona do klubu, z chęcią zabawy. Stanęłam przy barierce rozglądając się po sali. Po obu stronach znajdowały się klatki, gdzie skąpo ubrane kobiety tańczyły...A raczej pokazywały swoje erotyczne ruchy. Kolorowe światła i lasery szalały po całym pomieszczeniu, oślepiając. Na środku stał młody DJ otoczony przez ludzi, którzy krzyczeli i wymachiwali do góry rękoma. Zeszłam z podestu, kierując się na parkiet. Poczułam na sobie ręce, więc gwałtownie odwróciłam się w stronę wysokiego mężczyzny, który nonszalancko się uśmiechał i zachęcał do wspólnego tańczenia. 
   Lasery zaczęły wirować w rytm muzyki. Sala stała się czerwona, a zielone lampy zatrzymały się w miejscu, by ponownie rozszaleć się po pomieszczeniu.
Z każdego rogu wyleciał sztuczny dym, który pożarł w parę minut całą dyskotekę. Mężczyzna złapał mnie w talii, a ja zaczęłam wymachiwać rękoma i skakać. DJ dawał z siebie wszystko, śpiewając i zajmując sie swoją aparaturą. Czerwona sala zmieniała kolor z fioletowego na niebieski, by po chwili zgasnąć całkowicie, a następnie rozświetlić się na pomarańczowo. 

  Dłonie chłopaka powędrowały nieco niżej, co już niezbyt mi się spodobało. Poczułam słodką woń, która po paru minutach straciła na sile. Poczułam się tylko lekko otępiała. Wszystko wokół mnie zaczęło wirować i zrobiło się duszno. Idąc do baru, trzymałam się wszystkich i wszystkiego napotykanego na drodze. Tłum bez ustanku tańczył, kobiety w skąpych kawałkach ubrań tańczyły jeszcze bardziej oraz posyłały pocałunki, zamknięte w klatkach.     Wybuchłam niekontrolowanym śmiechem bez powodu. Tanecznym krokiem udałam się do baru, lecz zatrzymałam się gwałtownie, gdy poczułam czyjeś ręce spoczywające na moim tyłku. 
  Zaśmiałam się pod nosem i przygryzłam dolną wargę. Odwróciłam się do bezwstydnego podrywacza. 
  -Szanowny pan O'Brien - wybełkotałam z śmiechem, zakrywając szybko usta i trzepocząc rzęsami. 
  - Niebiezpieczna Lie - odparł pijany Dylan. 
  Na sali ponownie pojawił się sztuczny dym i słodka woń. Tekst piosenki stał się wolniejszy jak i tłum zwolnił, by ponownie ruszyć dzikim tańcem. Ręce chłopaka ruszyły z tyłka w górę pod koszulkę, zatrzymując się na gołej skórze. Zaczeliśmy podskakiwać blisko siebie i śmiać się bez jakiegokolwiek powodu, a nasze oddechy stawały się coraz to szybsze. W całym pomieszczeniu zrobiło się ciemno, a głosy stały się zniekształcone. 


*** 

  Poczułam coś mokrego i zimnego na plecach. Gwałtownie otworzyłam oczy, poderwałam się do siadu. Odruchowo zacisnęłam zęby kiedy ból rozszedł się po całej głowie. 
  Rozejrzałam się dookoła. Siedziałam w wannie, a w dodatku nie byłam u siebie. Przypomniałam sobie dyskotekę oraz Dylana. Potem była już ciemność.   Wygramoliłam się z wanny wyciągając broń. Przesunęłam cicho zasuwkę, otwierając drzwi. 
  Korytarz był kremowy. Po lewej stronie znajdowało się przejście do salonu. Oparłam się o ścianę i spojrzałam w głąb pokoju. Na kanapie spał Dylan.   Cholera, pomyślałam. Miałam szansę uciec, niezauważona. Zastanawiało mnie jednak, co robiłam w domu O'Briena. Udałam się jak najciszej do drzwi wejściowych, gdy rozległ się dźwięk dzwonka oraz pukanie. W salonie usłyszałam pomruki i kroki Dylana. Schowałam nóż z powrotem na swoje miejsce. 
  - Lie, już wstałaś? - odparł, drapiąc się po głowie.
  Spojrzałam na niego jak na idiotę.
   -Skąd ja się tu wzięłam, do cholery? -zapytałam, lekko podnosząc ton
 
- Więc...zamówiłem taksówkę, ale dziwnie się zachowywałaś, po czym zasnęłaś. Przywiozłem cię do mnie i zaniosłem do łóżka. 
  Jeszcze mi tego brakowało - by nocować u przypuszczalnego wroga. Ponownie usłyszeliśmy dzwonienie i natarczywe pukanie. 
  -JUŻ!- krzyknął chłopak w stronę drzwi i poszedł je otworzyć. Stałam przez chwilę bez ruchu po czym ruszyłam żwawo nie zważając na ból skroni. Do korytarza wszedł Tom Hiddleston, a za nim Dylan. Tom nie krył zaskoczenia, co wkurzyło mnie. 
   -Dzięki, ale już pójdę - odparłam, wymijając mężczyznę. Dylan złapał mnie za rękę. 
  -Nie wygłupiaj się, zostań na śniadaniu.   
  Spojrzałam na niego ostro.
  - Puszczaj - wycedziłam i wyrwałam swoją rękę.
  Odwróciłam się i szybko wyszłam z tego przeklętego domu. Wybiegłam na uliczkę. Pobiegłam w prawo, chcąc jak najszybciej znaleźć się u siebie.



-------------------------------------------------------
Na początek chcemy podziękować wszystkim czytelnikom, szczególnie tym, którzy są z nami cały czas. Bardzo motywujecie nas do pisania ^^ Poza tym od teraz rozdziały powinny pojawiać się systematycznie,czyli co tydzień. 
~Autorki





sobota, 6 czerwca 2015

Rozdział 5



*Piosenka dla nastroju:*

I'm not sick but still so far away from sane.

*TORI*



  Przez cały czas myślałam o ciążącym, srebrnym dowodzie w kieszonce moich spodni. Kiedy Roy dowiedział się o naszej prawdziwej tożsamości musiałam zacząć się go obawiać. Chciałam wrócić do pokoju i odsłuchać wiadomość jaką mi zostawił. Chociażby z czystej ciekawości.
  - Tori?
  Otrząsnęłam się z zamyślenia. Spojrzałam zdezorientowana na Toma, który patrzył na mnie wyczekująco.
  - Wybacz, mówiłeś coś?
  Westchnął. Ujął moje dłonie gestem tak niespodziewanym, że nie odważyłam się ich cofnąć. Zamrugałam zbita z tropu, wciąż błądząc myślami gdzieś daleko.
  - Mówiłem przez ten cały czas - wyjaśnił z nieśmiałym uśmiechem, przypatrując się moim rękom. Ze smutkiem pogładził jedną z blizn. Jedną z wielu jakie nabyłam w młodości ćwicząc strzelanie. - Skąd je masz?
  To mnie ocuciło. Wyrwałam stanowczo dłonie z delikatnego uścisku. Nieświadomie sama dotknęłam jednego wyblakłych zgrubień. Odwróciłam szybko wzrok, zawstydzona swoim gwałtownych zachowaniem. Tom spojrzał na mnie nic nie rozumiejąc.
  - To nic takiego - odparłam tylko.
  Zacisnął usta w wąską kreskę, lecz nie skomentował mojej odpowiedzi. Uśmiechnął się jedynie wymuszenie. Wskazał ruchem głowy na Dylana i Lie zmierzających w naszą stronę.
  - Chyba będziemy się już zbierać. Dziękuję za zaproszenie, Tori.
  - Nic takiego - powtórzyłam.

***

  Po wyjściu gości pobiegłam od razu do swojej sypialni. Przekręciłam klucz w zamku, nasłuchując przez chwilę. Usłyszałam kroki Lie i pukanie do drzwi. Westchnięcie, po czym ponownie kroki. Odetchnęłam głęboko, sięgając do kieszeni. Mały dyktafon napełniający mnie takim strachem. Nigdy nie sądziłam, że pokona mnie coś takiego.
  Wcisnęłam guzik, mimowolnie wstrzymując oddech. Głos, który popłynął z małego głośniczka, był głęboki, ale przestraszony. Zdesperowany.
  - Pomóż mi. Jeśli nie chcesz stracić jeszcze więcej, pomóż mi.
  Poczułam jak grunt usuwa mi się spod nóg. 
  Zerwałam się z miejsca. Podbiegłam do szafy i wyciągnęłam z niej ciężki kufer. Wspomnienia powróciły, ale przemogłam się, wybierając pojedynczą strzałę. Grotem rozłożyłam dyktafon na części, wyrwałam z niego taśmę, by następnie porwać ją na kawałki. Opadłam zmęczona na podłogę, ściskając drzewce broni w ręku.



***

*LIE*


  Zeszłam do salonu gdy Tori pobiegła do pokoju i zamknęła drzwi. Przyjaciółka dzisiejszego dnia zachowywała się dziwnie - najpierw zaaranżowała spotkanie, zaczęła piec, a potem zamknęła się w pokoju. 
  Podeszłam do barku, zabrałam butelkę wina i kieliszek. Nalałam lampkę czerwonej cieczy, kładąc ją na ziemię, by mieć ją pod ręką. Położyłam się na kanapie, kładąc laptopa na brzuch. Nacisnęłam mały przycisk, który pobudził urządzenie do życia. Pierwsze co przyszło mi do głowy to przelać pieniądze na nasze konto - wypadek, naprawa - to wszystko kosztuje, a miliony na koncie powoli znikają. Jednak wybiłam sobie ten pomysł z głowy, obiecałam sobie jak i Tori, że nie wrócimy do tego; nie chciałam łamać obietnicy. 
  Wpatrywałam się nędznie w ekran, zastanawiając się co mogę zrobić. Kliknęłam dwa razy w ikonkę i po chwili włączyło mi się okno przeglądarki. W pasek wyszukiwarki wpisałam dwa słowa, a raczej imię i nazwisko: Dylan O'Brien. Chciałam się dowiedzieć parę faktów o chłopaku, który jest bardzo łaskawy skoro bez problemu wybaczył mi skasowanie jego jeepa. Nawet bez używania swoich umiejętności dowiedziałam się sporo o nim. Jest aktorem, ma dwadzieścia trzy lata, mieszał w Nowym Jorku. Najechałam kursorem na zakładkę z zdjęciami. Było ich sporo: sam na jakiejś gali, z jakąś dziewczyną, z Tomem i jedno zdjęcie z rodzicami oraz siostrą. Zaintrygowało mnie to więc zaczęłam szukać informacji na temat jego rodziny. Niestety - chroni swoją prywatność. Nie mogłam znaleźć niczego co mnie usatysfakcjonowało. 
  Wzięłam łyk wina i teatralnie strzeliłam palcami. 
  - No dobrze - powiedziałam sama do siebie. Użyłam swoich zdolności hakera i włamałam się na bazę danych wszystkich mieszkańców Kalifornii. Znalezienie samego O'Brien'a zajęło mi trochę czasu, ale w końcu na ekranie wyskoczyła mi cała rodzina O'Brien, ze zdjęciem dowodowym obok. Jego siostra, Julia ,była do niego podobna (a raczej on do niej bo była od niego starsza). Jego matka i ojciec wydawali się miłymi ludźmi, lecz gdy zobaczyłam konkretną osobę, moje serce na chwilę stanęło. 
  Usiadłam natychmiast wpatrując się w zdjęcie wujka Dylana. O nie, nie, nie.

   Rok temu, Nowy Jork 

   Tori, ubrana w czerń, podeszła do mnie, wymachując kopertą 
  - Nowe zlecenie - odparła, otwierając ją. Zawartość koperty położyła na szklanym stoliczku. Na kartce szlachetnego papieru znajdowało się zaledwie imię i nazwisko naszej ofiary. Anthony Benfield. Obok zdjęcie mężczyzny: krótkie, brązowe włosy, zarost i czekoladowe oczy. Od razu widać, że cholernie zamożny, jego garnitur pochodzi z najlepszej marki. 
  - No..no kolejny biznesmen - powiedziała z nieskrywaną radością przyjaciółka. 
    - Kolejny, biedny i martwy - wypowiedziałam wolno każde słowo, śmiejąc się. 

***

  Spojrzałam jeszcze raz na zdjęcie. Anthony O'Brien. Oczywiście feralnego wieczoru podał fałszywe nazwisko, wszystko było perfekcyjnie ułożone. To była wtedy pułapka. Ręce zaczęły mi się trząść kiedy kliknęłam na dane Anthony'ego. Nie było niczego co by wskazywało czym naprawdę się zajmuje. Domyśliłam się kim może być. Skoro zostawił na nas pułapkę musiał tym wszystkim kierować. 
  Po godzinnych przeszukiwaniach dowiedziałam się nawet sporo. Pracuje w agencji i jest na czele rangi najlepszych agentów. Mieszka dalej w Nowym Jorku, z wykształcenia jest nauczycielem i ma bliznę biegnącą przez prawy policzek. Teraz byłam już w stu procentach pewna. To on. Wujek Dylana jest agentem, który dalej na nas poluje. 
  Usłyszałam huk zamykanych drzwi i kroki Tori. Wyłączyłam laptopa, usuwając przedtem historię. 
  - Co robisz? - zapytała przyjaciółka, która usiadła obok mnie. 
  - Wychodzę - odpowiedziałam, wstając. Odłożyłam urządzenie na stół. Muszę wszystko przemyśleć, za dużo wydarzeń jak na jeden dzień. Ubrałam bluzę i czarne trampki. 
  - Gdzie idziesz? - spytała znów Tori. 
  - Przejść się - odparłam, zamykając za sobą drzwi. 
  Słońce już zachodziło, kiedy usiadłam na krawężniku naprzeciwko sklepu, zajadając się donatami. Przez rozmyślanie o tych wszystkich informacjach zrozumiałam jedno - muszę mieć Dylana na oku.


piątek, 29 maja 2015

Rozdział 4




"Thought I could do this on my own,
I've lost so much along the way."
*TORI*


Nowy York, dwa lata wcześniej


  Czyściłam broń kiedy rozległ się dźwięk czarnej komórki. Komórki, która dzwoniła tylko w jednej sytuacji.
  - Janeen - przedstawiłam się spokojnie swoim pseudonimem, nie odrywając oczu od pistoletu, który właśnie rozkładałam na części.
  - Szef chce cię widzieć w parku po północy - odezwał się głęboki głos po drugiej stronie. 
  Roześmiałam się głośno.
  - Ja nie mam szefa, idioto - warknęłam. Odłożyłam kolejną część rewolweru na bok, podtrzymując telefon między ramieniem, a uchem. - Żegnam…
  - Nie! - krzyknął spanikowany do słuchawki, kiedy już chciałam się rozłączać. - Roy… - poprawił się powoli - chce się z tobą widzieć.
  Zapadła cisza. Bez pośpiechu wyczyściłam dokładnie lufę i zabrałam się do jej smarowania, by nabój miał mniejsze tarcie podczas wystrzału.
  Roy Cruger był wysoko ceniony na czarnym rynku. A raczej wyceniony - dużo osób pragnęło jego śmierci. Nielegalny handel, transport za granicę oraz wiele ludzi na sumieniu z powodu ciągłego dążenia do coraz to wyższego stanowiska. Wynajmował takich ludzi jak ja, by pozbywać się takich typków jak on. Nic nowego.
  Osobiście nie miałam nic do Roya. Owszem, był niezłym zapewnieniem sobie przyszłości, ze względu na sumę jaką mogłabym za niego zgarnąć. Jednak ci, którzy próbowali go sprzątnąć, gryźli już dawno ziemię. Wolałam planować.
  - O co chodzi? - spytałam w końcu opanowanym głosem. 
  - Roy potrzebuje twojej ochrony na jakiś czas. Może dużo zapłacić.
  - Oczywiście, że może - parsknęłam śmiechem. - Inaczej nawet nie odważyłby się do mnie dzwonić. 
  - Dzisiaj, park…
  - Nie powiedziałam, że się zgadzam. - Przerwałam mu ostro. Widocznie był to jeden z tych tępych mięśniaków robiących za pachołka Roya. - Ja nie chronię, ja zabijam.
  Usłyszałam jak mężczyzna wciąga powietrze. Przez cały ten czas spokojnie czyściłam i konserwowałam broń. Moje ruchy były płynne, opanowane. Palce zręcznie rozdzielały i łączyły poszczególne części pistoletu.
  - Żegnam - powtórzyłam z uśmiechem. Przerwałam połączenie. Włożyłam ostatni element na swoje miejsce, powoli naładowałam magazynek, położyłam telefon na ziemi. Stanęłam w pewnej odległości. Wycelowałam, po czym strzeliłam, a komórka rozpadła się na części.

Los Angeles, obecnie


  Biegłam lekkim truchtem, wpatrując się ziemię. Głośna muzyka w słuchawkach pozwala mi zapomnieć o otaczającym świecie i zatopić się we własnych myślach. W głowie wciąż słyszałam przestraszony głos Lie z wczoraj. Pomyślałam co mogło się stać i momentalnie zrobiło mi się niedobrze. 
  Park o tej porze był całkiem opustoszały, dlatego czwarta rano była dla mnie idealną porą na jogging. Mogłam zapomnieć o ludziach, skupić się na sobie. Liczyłam swoje rytmicznie stawiane kroki oraz oddechy, które słyszałam w głowie mimo słuchawek. 
  Nagle ktoś mnie złapał i pociągnął. Krzyknęłam bardziej z zaskoczenia niż strachu. MP3 wypadło na ziemię. Napastnik trzymał mnie mocno, trzymając rękę na moich ustach bym nie krzyczała. Skutecznie uruchomił moje ręce i mimo zwinności oraz umiejętności walki, nie mogłam wygrać z kimś dwa razy większym ode mnie. 
  Nadepnęłam przeciwnikowi na kostkę, jednocześnie gryząc rękę, którą przysłaniał mi usta. Przeklnął głośno, ale wbrew moim oczekiwaniom nie wypuścił mnie. 
  - Proszę się nie szarpać…Janeen. 
  Otworzyłam szerzej oczy. Zaczęło szumieć mi w uszach, słyszałam jak serce wali mi mocniej. 
  Właściciel głosu wyłonił się zza pleców mojego oprawcy. Nie był takim osiłkiem jak ten, który mnie trzymał. Był jednym z myślicieli oraz wykonawców, takimi śmierdziało na kilometr. Miał czarne włosy zaczesane w tył oraz długi haczykowaty nos. 
  - Steve, puść naszego gościa - nakazał drągalowi. 
  - Gościsz mnie w parku? - wpatrywałam się w niego z nienawiścią. - Myślałam, że to miejsce publiczne. 
  - Masz rację, źle się wyraziłem - przystanął centralnie przede mną i zakołysał się na piętach. - Najemczyni, racja? Sławna Janeen, wynajmowana przez najlepszych. A gdzie Lily? 
  Strach całkiem mnie sparaliżował gdy usłyszałam pseudonim Lie. 
  - Nie mam pojęcia o czym mówisz - wycedziłam powoli. - A teraz odwołaj swojego pachołka i mnie wypuść. 
  Już odwracałam się by odejść, kiedy to jedno proste zdanie zrujnowało cały mój świat, który dotychczas tak pieczołowicie pielęgnowałam. 
  - Pan Roy miał nadzieję na wielki powrót Alexis i Julii. 
  Zaczerpnęłam głęboko tchu. Miałam ochotę się rozpłakać. Nikt, absolutnie nikt, nie znał naszych prawdziwych imion. Roy zniszczył właśnie wszystko. 
  Jednym zwinnym ruchem wyciągnęłam dwa noże z butów. Jeden przystawiłam do gardła mężczyźnie na posyłki, drugi wystawiłam przed siebie na wypadek gdyby mięśniak chciał ruszyć na pomoc. 
  - Nie mam pojęcia jak się dowiedział, ale gówno obchodzi mnie czego chce Roy. A teraz puścicie mnie i już nigdy nie ujrzę waszych parszywych twarzy. Chyba, że martwe - uśmiechnęłam się groźnie. 
  Mężczyzna wcale nie wyglądał na poruszonego. Wręcz przeciwnie, odwzajemnił uśmiech co zirytowało mnie do tego stopnia, iż przyłożyłam mu ostrze pod samo gardło. Ręce, które do tej pory trzymał wyciągnięte do góry w uległym geście, powoli opuścił do kieszeni. Obserwowałam je nieufnie, gotowa w każdej chwili przejechać mu nożem po gardle. 
  Wyciągnął niewielkie urządzenie. Mały, cienki dyktafon. 
  - Radziłbym ci je wziąć - powiedział tylko. 
  Cała złość dała o sobie znać w jednej chwili i zrobiłam coś, czego miałam już nigdy nie robić. 
  Przejechałam ostrzem po gardle sługusa Roya, zostawiając na nim długi, krwawy ślad. Drugi nóż wbiłam w pierś Steva. Wyszarpnęłam broń zdecydowanym ruchem i położyłam obok ciał, wpierw czyszcząc starannie rękojeści o spodnie. Muszę je potem spalić. „Śmiertelny pojedynek dwóch mężczyzn” będą głosić nagłówki gazet. Podniosłam jednak dyktafon, który wypadł z ręki mężczyzny przy upadku. Schowałam go do kieszeni. 
  Rozejrzałam się dookoła. W dalszym ciągu nikogo nie było. Odwróciłam się w drugą stronę, by nie widzieć złowrogiego uśmiechu mężczyzny na martwych ustach. Miał prześladować mnie już do końca życia. 

*** 

  Wróciłam do domu po dwóch godzinach. Ominęłam salon, wiedząc, iż Lie śpi na kanapie. Skierowałam się do łazienki. Przerażająco opanowana zmyłam plamki krwi z rąk. Robiłam to już wiele razy, bo chociaż wolałam działać z daleka za pomocą pistoletu czy nawet łuku, zdarzało mi się wykończyć ofiarę własnoręcznie. 
  Musiałam przyznać, że cholernie mi tego brakowało i właśnie to było straszne. 

*** 

  Lie obudziła się koło południa. Zastała mnie upapraną mąką z palcami w cieście. Usiadła przy blacie. 
  - Co ty do cholery robisz? - spytała podejrzliwie. 
  - Piekę ciasteczka - odparłam, nie patrząc na nią. 
  - Dlaczego? 
  - Dlaczego powinnam mieć powód by upiec ciasteczka? 
Westchnęła. 
  - Nie było pytania. 
  Wyciągnęłam z pieca już drugą blaszkę i włożyłam trzecią. Wciąż nie patrzyłam na przyjaciółkę z obawy, że mogłaby wyczytać coś z moich oczu. Nie zamierzałam na razie mówić jej o zabójstwie dla jej własnego dobra. 
  - Piekę - przerwałam w końcu ciszę - ponieważ zapraszasz Dylana na herbatę. 
  - Że co proszę? - wyprostowała się gwałtownie. 
Przesiewałam spokojnie mąkę kiedy mówiłam: 
  - To doskonała okazja, by go przeprosić nie uważasz? W końcu skasowałaś mu całkowicie samochód i chyba naraziłaś na zawał. Z resztą, ja zapraszam Toma. Pamiętasz, mówiłam ci o nim. Przenocowałam u niego w czasie burzy. Pora się odwdzięczyć Lie. 
  Wyrzuciłam te słowa z prędkością karabinu maszynowego. Przyjaciółka wpatrywała się we mnie z szeroko otwartymi oczami i ustami. Miałam wrażenie, że zaraz podejdzie sprawdzić mi temperaturę i spyta czy czegoś nie brałam. W końcu zdołała zamknąć buzię. Opadła na krzesło, ukrywając twarz w dłoniach. 
  - Rozumiem, że mam teraz poszukać jego numeru w książce telefonicznej i grzecznie go zaprosić? 
  - Nie trzeba, już to zrobiłam. 
  - A niech cię szlag, Tori. Nienawidzę cię. 
 Odepchnęła się na barowym stołku, zeskoczyła i pobiegła na górę. Uśmiechnęłam się pod nosem, wyrabiając kolejną porcję ciasta. 



*LIE*

  Rozsiadłam się wygodnie na kanapie i włączyłam telewizję, chcąc zobaczyć coś ciekawego. Automatycznie włączył się kanał informacyjny. Prezenter o czarnych jak kruk włosach czytał wiadomości z ostatniej chwili: 
  - W parku Yosemite znaleziono dwa martwe ciała mężczyzn. Jeden miał poderżnięte gardło, a druga ofiara ranę zadaną ostrym narzędziem. Policja zaczęła już śledztwo w tej sprawie.
  Na ekranie pojawiło się logo stacji i powróciły reklamy najnowszych odkurzaczy. Znudzona wyłączyłam telewizor, a w całym domu rozniósł się dźwięk dzwonka. Śledziłam wzrokiem jak Tori zrzuca z siebie fartuch, poprawia szybko włosy i idzie otworzyć gościom. Położyłam nogi na ziemię i leniwie podniosłam się z kanapy. Do salonu wszedł Dylan z bukietem herbacianych róż. Spojrzał na mnie i na jego twarzy pojawił się promienny uśmiech.
  - Niegrzecznie było by przychodzić z pustymi rękami - odparł wręczając mi kwiaty. Podziękowałam i wyciągnęłam z pionowej szklanej szafki wazon. Idąc w stronę kuchni z wazonem i różami wpadłabym na śmiejącą się Tori, która zaczęła już pogawędkę z wspomnianym Tomem. 
  -  Tom, to jest Lie, Lie to jest Tom - przedstawiła nas, a następnie zaprosiła gestem dłoni Toma, by udał się do salonu. Odłożyłam kwiaty na blat. 
  - Nienawidzę Cię za to - powiedziałam w stronę Tori, która podała mi tacę z dzbankiem pełnym herbaty z dzikiej aronii i filiżankami. Przewróciła teatralnie oczami i poklepała mnie po ramieniu, chwytając tacę z talerzykami oraz ciasteczkami. Ostrożnie położyłam tacę na stole i nalałam do każdej filiżanki ciepłą ciecz zwaną herbatą. Usiadłam naprzeciw Tori. Ta klapnęła na fotel, który jako jedyny pozostał (nie licząc sofy). Na jej twarzy zauważyłam odciśniętą dłoń z mąki. Gdy podniosła zadowolony wzrok z nad ciasteczek i spojrzała na mnie, chcąc zachęcić do rozmowy, wskazałam na swój policzek i potarłam go. Przyjaciółka patrzyła na mnie nie rozumiejąc o co mi chodzi. Dyskretnie wskazałam na nią, a później ponownie potarłam twarz. Kiwnęła lekko głową rozumiejąc, jednak wyprzedził ją Tom, który delikatnie strzepnął mąkę z jej policzka. 
  - Mąka - odparł, ukazując rząd białych zębów Przyjaciółka odwzajemniła uśmiech, a na jej policzkach pojawiły się ledwo widoczne rumieńce. Dawno nie widziałam Tori z różowymi owalami na twarzy. Wzięłam łyk herbaty i słuchałam co mówił Tom, a gdy już przestał, zadała mu pytanie 
  - Jesteś z Londynu? 
 - Zgadza się, brytyjski akcent- odpowiedział z uśmiechem. - A wy skąd jesteście? 
  Spojrzałam ukradkiem na Tori, nie wiedząc co odpowiedzieć. 
  - Nowy Jork?- zapytał Dylan siedzący tuż obok mnie. Spojrzeliśmy na niego zadziwieni - Charakterystyczny slang dla nowojorczyków - wytłumaczył biorąc ciasteczko. 
  Spostrzegawczy jesteś, O'Brien. 
  Mężczyźni zaczęli rzucać kawałami jak z rękawa co pozwoliło na rozluźnienie atmosfery. Wydawali się być w porządku, ale jednak wolałam mieć się na baczności. 
  - Zauważyłem, że przy plaży rosną u was piękna odmiana kwiatów pustyni - odparł przerywając zapadającą ciszę. - Chętnie bym je zobaczył, o ile nie macie nic przeciwko.
  - Nie ma sprawy, oprowadzę Cię - powiedziała ochoczo Tori, wstając z fotela. W dwie minuty opuścili salon zostawiając mnie i Dylana samych. Wczoraj pod wpływem wszystkich emocji zachowałam się dziwnie, co gryzło mnie cały dzień. Nie ukrywam, nie lubię przepraszać ludzi, ale należą mu się jeszcze raz przeprosiny - przecież o mały włos nas nie zabiłam . Odchrząknęłam, a chłopak spojrzał na mnie swymi brązowymi oczami 
  - Jeszcze raz Cię przepraszam, za to co wczoraj się stało, zachowałam się jak idiotka i prawie nas zabiłam - spuściłam głowę, lecz dumna z swoich przeprosin. Przybliżył się do mnie i dotknął mojego ramienia. 
  - Już mówiłem, wszystko w porządku. Każdy popełnia błędy - mówił spokojnie, co denerwowało mnie jeszcze bardziej - ale mam do Ciebie małą prośbę. - Odparł cofając rękę. Zapewne przemyślał wszystko i jednak chcę bym zapłaciła za naprawę samochodu, nie ma sprawy. Jednak zaskoczył mnie po raz kolejny: - Zacznij jeździć ostrożnie, bo w końcu się zabijesz - odparł lekko zmartwiony. - Mogę się założyć, że to nie był pierwszy raz. 
  Robisz, na mnie dobre wrażenie, Dylan. 
  Kiwnęłam tylko głową na znak, że ma rację. Wyciągnęłam rękę w jego stronę 
  - Zapomnijmy o tym - zaproponowałam. Chłopak uśmiechnął się promiennie i uścisnął mi dłoń. Porozmawialiśmy jeszcze trochę, patrząc na przyjaciół, którzy spacerowali po plaży. Atmosfera pomiędzy mną, a chłopakiem stała się już normalna. 
  - Chodźmy do nich - wskazał po chwili na Tori i Toma. Wstaliśmy i wyszliśmy z domu.


wtorek, 26 maja 2015

Rozdział 3


Oceans


"And in the morning, I'll be with you
But it will be a different kind"

*TORI*
  
 Wcale nie zanosiło się na koniec burzy. Mało tego-spiker w telewizji właśnie przestrzegał przed tornadem.
  Wyłączyłam telewizor i sfrustrowana przetarłam twarz rękoma.
-Mam rozumieć, że nie wrócę dzisiaj do domu?-spytałam samą siebie, jednak Tom i tak mi odpowiedział.
-Nie ma mowy, pościelę ci w pokoju gościnnym.
  Łagodnie odebrał mi pilota, na którym nieświadomie zaciskałam w złości palce. Usiadł obok mnie na kanapie, włączając z powrotem urządzenie.
-Na co masz ochotę?-zmienił temat.-Film akcji? Horror? Mogę zgodzić się nawet na komedię romantyczną, jeśli to poprawi ci nastrój.
Parsknęłam śmiechem.
-Nienawidzę komedii romantycznych- odparłam.-Puść jakieś kreskówki.
Spojrzał na mnie z niedowierzaniem, ale bez słowa wybrał odpowiedni kanał.
  Wyłączyłam się już w chwili, gdy kot Tom (cóż za zbieg okoliczności) spłaszczył Jerry’ego łopatą. Co jakiś czas sprawdzałam komórkę, której czarny ekran doprowadzał mnie do szału. Była wyładowana, a ja nie miałam jak zadzwonić do Lie i poinformować ją, że nie wracam na noc. Burza nabierała na sile, tak samo jak deszcz oraz wiatr. Miałam ochotę wybiec na zewnątrz, zmęczyć się tak, by nie musieć myśleć.
-Zawsze kibicowałem kotu-przerwał ciszę Tom.
-To na pewno przez imię-oskarżyłam go ze zdawkowym śmiechem, brutalnie przywrócona do rzeczywistości.
Jęknął, po czym westchnął teatralnie. 
-Przejrzałaś mnie.
Spojrzałam w ekran, opierając się wygodniej na siedzeniu.
-Ja od zawsze wolałam Jerry’ego. Jest mały, ale sprytny.
  Oglądaliśmy jeszcze chwilę. Później Tom poszedł przygotować mi pokój. Podziękowałam i życzyłam mu dobrej nocy.

***

  Obudziłam się z krzykiem. Przyłożyłam palce do policzków. Mokre. Trzęsłam się i drżałam, nie potrafiłam zapanować nad swoim ciałem.
  Znów coś mi się śniło. Byłam zła na siebie za to, że wypieram wspomnienia koszmarów zaraz po przebudzeniu. To oznaka słabości, na którą nie mogłam sobie pozwolić. Skoro miałam znosić katusze, chciałam robić to godnie. Chciałam pamiętać wszystko ze szczegółami i nienawidziłam tej części siebie, która cieszyła się z chwili zapomnienia.
  Prawie nigdy nie płakałam świadomie. Jednak w śnie robiłam to notorycznie, przeżywając najgorsze ze swoich koszmarów po raz kolejny. Byłam podatna na wszystko, co czyniło mnie słabą.
  Co noc śniło mi się prawdopodobnie to samo. Pamiętam jedynie ogień oraz krzyki i płacz dziecka.
  Odgarnęłam kołdrę na bok, wychodząc z łóżka. Zegar wskazywał czwartą szesnaście. Zrzuciłam z siebie ubrania Toma, wkładając własne, już suche. Poskładałam je i odłożyłam razem z krótką notką.



Musiałam wrócić do domu, przepraszam. Nie chciałam Cię budzić. Dziękuję Ci za wszystko.

~Tori



  Nie mam pojęcia dlaczego użyłam tego beznadziejnego skrótu. Zostawiłam jednak karteczkę, a jako, że znajdowałam się na parterze, wyszłam oknem.
  Niewygodnie biegło mi się w dżinsach. W dodatku nie zbyt dobrze pamiętałam drogę, ale musiałam się stamtąd wyrwać, nie chciałam zwariować. Wdychałam świeże powietrze po burzy, by się uspokoić. Pobłądziłam już po paru minutach. Wbiegłam do parku, który był całkiem opustoszały, nie licząc rozśpiewanych ptaków. Może mi się wydawało, ale poczułam na sobie czyiś wzrok i wcale nie były to oczy zwierzęcia. Wzdrygnęłam się, przyspieszając. Chciałam być już w domu. Serce biło mi mocniej za każdym razem, gdy nie poznawałam ścieżki, jednak po chwili zaczęłam poznawać okolicę. Odetchnęłam z ulgą. 
  Szczęśliwie wróciłam do domu. Wróciłam na palcach do pokoju, zastanawiając się, gdzie do cholery podział się fotel. Położyłam się we własnym łóżku, ale nie zasnęłam aż do rana.



*LIE*




  Dziś pogoda była o wiele lepsza niż poprzedniego dnia-przestało padać i za chmur wychodziły promienie słońca. Przeciągnęłam się, dalej leżąc w łóżku i owinęłam się jeszcze bardziej kołdrą. Przymknęłam oczy, wspominając jak jeszcze rok temu mieszkaliśmy w Nowym Jorku. To był nasz dom, a teraz nie możemy nawet tam pojechać bo mogą nas poznać. Dalej jesteśmy poszukiwane i co parę miesięcy jesteśmy pokazywane na bilbordach. Cholernie im zależy by nas znaleźć. 
  Od tego czasu zmieniłyśmy się z wyglądu, soczewki, kolor włosów oraz ich długość...na szczęście jeszcze nikt nas nie poznał. Brakuje mi zatłoczonego miasta, żółtych taksówek i poprzedniego życia. Obiecałyśmy sobie, że już tego nie zrobimy, teraz jesteśmy inne. 
  Wzdrygnęłam się na odgłos pukania do drzwi. Otworzyły się wolno i ukazała się brązowa czupryna ułożonych włosów 
-Pojechałabyś na zakupy?- zapytała uśmiechając się przebiegle Tori. Spojrzałam na nią z przymrużonych powiek i rzuciłam w stronę drzwi poduszkę. Przyjaciółka zrobiła unik w samą porę. Spojrzała na mnie i przewróciła ceremonialnie ciemnymi oczami 
-Nie zapomnij kupić masła orzechowego- powiedziała zadowolona z siebie i zamknęła drzwi. Mój żołądek domagał się już jedzenia, więc nie pozostało mi nic innego jak tylko pojechać do sklepu. Założyłam biały top, oraz czarne spodenki, a na górę długi kardigan. Zeszłam po schodach odwracając się w stronę Tori. Spojrzałam na nią i uśmiechnęłam się tylko na sekundę. Miała zamiar już coś się mnie zapytać, ale szybko wyszłam zamykając z hukiem drzwi. Udałam się do garażu gdzie czekało na mnie już srebrne porsche. Usiadłam za kierownicą, włożyłam kluczyki do stacyjki i przekręciłam je odpalając samochód. 


*** 

  Drogi Los Angeles były jak na tą porę zadziwiająco puste. Wcisnęłam nogą jeszcze bardziej pedał gazu, a wiatr porywał moje włosy. Na liczniku miałam dobre 200 km/h. Palmy, które znajdowały się przy deptakach mieniły mi się w oczach i widziałam jedynie brązowe plamy. W Nowym Jorku, po naszych akcjach, uciekałyśmy jak najdalej od miejsca zabójstwa i oczywiście zawsze udawało nam się uciec zanim policja wkroczyła do akcji. 
  Zrelaksowana siedziałam w fotelu trzymając jedną ręką kierownicę, a drugą włączając piosenkę w radiu. Na sekundę spojrzałam na radio, by włączyć płytę, która zacięła się w odtwarzaczu i w tej samej chwili wyjechał niebieski jeep, który miał pierwszeństwo. Natychmiast zaczęłam hamować puszczając nogę z gazu. Zaczęłam manewrować pojazdem, by choć trochę uniknąć tragedii. Z dwóch pojazdów wydobywał się potworny pisk opon oraz pojawiły się iskry gdy przejechaliśmy bokiem ocierając się o siebie. Gwałtownie odwróciłam kierownicę co spowodowało, że samochód wykonał pełny obrót i wjechał na chodnik zatrzymując się tuż przed drzewem. Odruchowo pociągnęło mnie do przodu, ale pasy i poduszki powietrzne uratowały mnie przed uderzeniem twarzą w kierownicę. Siedziałam jak sparaliżowana w fotelu z szeroko otwartymi oczami, oddychając szybko. Odpięłam pasy i wyszłam z pojazdu. Ledwie stałam, gdyż nogi miały się zaraz pode mną ugiąć. Kierowca drugiego samochodu biegł w moją stronę. Ludzie z knajpki zaczęli wychodzić i patrzeć na całą sytuacje. Chłopak złapał mnie za ramiona i patrzył się na mnie 
-Nic ci nie jest?- zapytał roztrzęsionym głosem Odebrało mi mowę, dalej miałam przed oczami wypadek, jedynie pokręciłam głową i spojrzałam w jego brązowe oczy. 
-Przepraszam-szepnęłam. Z daleka roznosił się dźwięk syren policyjnych. Kierowca uspokajał mnie kołysząc i przytulając. Nigdy nie widziałam by ktoś się zachowywał w ten sposób do osoby, która uderzyła w jego samochód. Cofnęłam się w tył, chcąc, by chłopak wypuścił mnie z objęć. Radiowóz zatrzymał się obok nas i wysiedli dwaj funkcjonariusze. Zaczęli oceniać wyrządzone szkody 
-Kto był sprawcą wypadku?- zapytał niski policjant 
-To ja- odparł chłopak. Co on robi?! Przecież to ja w niego wjechałam jadąc jak pirat. Już miałam zamiar go poprawić, ale on spojrzał na mnie. 
-Zadzwoń po kogoś-powiedział i poszedł za policjantem, który musiał spisać raport. Patrzyłam na niego jak na największego idiotę, ale byłam mu naprawdę wdzięczna. Zadzwoniłam po Tori i również po lawetę. Ludzie, którzy dalej patrzyli zaczęli coś mówić między sobą, co zdenerwowało mnie jeszcze bardziej. Odwróciłam się w ich stronę, krzycząc: I CO SIĘ GAPICIE?! Spojrzeli po sobie i urażeni wrócili do swoich zajęć. Oparłam się o maskę samochodu i czekałam na przyjaciółkę, która miała się lada chwila pojawić. Patrzyłam jak chłopak podaje swoje dane policjantowi.
-Dylan O'Brien- usłyszałam Dopiero teraz zaczęłam mu się przyglądać, był wysoki, miał ciemne oczy i włosy... 
-LIE!-krzyknęła Tori, która podążała w moją stronę zdenerwowana. Dylan odwrócił się w naszą stronę i uśmiechnął się słabo.
---------------------------------------------------------------
*Od autorek*
Dziękujemy za każdy komentarz i obserwację, nie macie pojęcia jak bardzo to motywuje ^^