czwartek, 17 września 2015

Rozdział 18


"I heard about love but i'm not ready
I heard about trust and what You said I believe"

*LIE*

  Dzieliły mnie dwie godziny od Los Angeles, jednak jechałam na tyle szybko, by móc być tam za godzinę. Kiedy jednak byłam już w drodze postanowiłam zatelefonować do Toma. Pomimo, że Tori go odrzuciła, powinien wiedzieć, skoro dalej mu na niej zależało.

***

  Z piskiem opon zatrzymałam samochód tuż przy wejściu. Ludzie, którzy rozsunęli się na boki, obdarzyli mnie spojrzeniem pełnym zimna. Wyskoczyłam z pojazdu i ruszyłam biegiem do wnętrza budynku. Zapach szpitala wywoływał u mnie mdłości. A może to był strach?
  Do recepcji była czteroosobowa kolejka; starsza pani, nastolatka oraz para. Nie zważając na protesty, przepchnęłam się jako pierwsza, cofając parę.
  - W jakiej sali znajduje się Victoria Starkweather? - spytałam wolno ze sztucznym uśmieszkiem, który dobrze wyćwiczyłam w szkole. Jako popularna i bogata zołza darzyłam wszystkim takim grymasem; przypominając sobie te zachowanie jest mi wstyd. Miałam ochotę strzelić sobie z przeszłości z liścia w twarz.
  - Nie wiem, czy jest pani upoważniona, by wiedzieć takie informacje - odparła kobieta w średnim wieku, wyglądając za monitora. - Proszę się ustawić w
kolejce i czekać na pani kolej.
  - Pytam ostatni raz: gdzie ona jest?! - Zapytałam podniesionym tonem, czując jak w gardle powstaje wielka gula, trudna do przełknięcia. Pacjenci już zdołali się zatrzymać i przyglądać się całej sytuacji, z nadzieją na jakąś rozrywkę. Nachyliłam się jeszcze bardziej, chcąc wywołać presję na kobiecie.
  - Jestem jej siostrą do cholery! - Skłamałam, uderzając pięścią w ladę. Recepcjonistka zaczęła stukać szybko w klawiaturę, szukając danych przyjaciółki. Po chwili podniosła wzrok na coś, a raczej na kogoś, za mną.
  Odwróciłam się wolno. Dwóch wysokich mężczyzn odzianych w czarny strój z napisem “OCHRONA”. Posłałam pani za ladą spojrzenie pełne nienawiści, kiedy jeden z mężczyzn złapał mnie za ręce i odciągnął do tyłu. Zaczęłam się wyrywać, próbując poluźnić uścisk.
  - Puść mnie! - Nie miałam siły się bronić, byłam wykończona dzisiejszymi zdarzeniami jak i płaczem. Słyszałam już brzdęk metalowych bransolet. 
  - Zostawcie ją.
Podniosłam głowę, słysząc znany głos.
  - Bardzo przepraszamy, ona jest po prostu bardzo zdenerwowana i na pewno nie chciała zachować się niewłaściwie - odparł Tom, przykładając dłoń do serca, próbując przekonać recepcjonistkę jak i ochroniarzy. Mężczyźni puścili mnie, ale dalej byli gotowi w razie gdybym miała zrobić coś nieobliczalnego.

   Poprawiłam kurtkę i udałam się za Tomem.
  - Jakim cudem udzieliła ci informacji? - zapytałam, skręcając w korytarz sal.
  - Skłamałem, że jestem jej narzeczonym - wyjaśnił z tym swoim brytyjskim akcentem.

*** 

  Wyjrzałam przez dużą szybę, znajdującą się w sali, gdzie samotnie leżała Tori. Oparłam się o szkło, czując jak łzy ponownie spływają z twarzy; otarłam je grzbietem dłoni. Widok przyjaciółki podłączonej do kroplówek, z bandażem wokół głowy i ramieniu oraz plastrem przy szyi należał do najgorszych. Nie mogłam jej stracić, tylko ona mi pozostała. Szlochałam głośno tak, jak za czasów, kiedy byłam dzieckiem i nie dostałam tego, czego chciałam.
  - Jest silna, wyjdzie z tego - zapewnił Tom. Miałam nadzieję, że tak będzie.
  Usiadłam na niebieskim, plastikowym krześle, tuż obok drzwi, próbując się uspokoić.
  - Kiedy miałyśmy po kilkanaście lat - zaczęłam - niedaleko naszych posesji miał być cyrk. Rodzice byli przeciwko temu, jednak Tori jako dziecko już potrafiła postawić na swoim - wspominałam na głos nasze dzieciństwo.
  Tom usiadł na drugim krzesełku i słuchał uważnie. Chociaż znał ją o wiele krócej niż ja, zdążył zauważyć jej cechy. Opowiadałam mu jakich różnych rzeczy dokonała; to pomagało mi choć na chwilę nie myśleć, że leży teraz nieprzytomna.
  - Nie mogę sobie jej wyobrazić jako małej dziewczynki w warkoczykach, na różowym rowerku - przyznał ze śmiechem.
  - O tak, uwierz, to był zabawny widok.
  Doszłam do wniosku, że wtedy mieliśmy bezstresowe życie. Nie docierało do

nas zło świata, żyliśmy w swoim własnym, kolorowym.
  Odwróciłam się bardziej w stronę chłopaka.
  - Victoria ma ciężki charakter, zgodzę się z tym. Pokazuje światu swoją twardą skorupę, ale w środku jest łagodna. Odrzuciła cię, lecz w ostatnim czasie przeszła na prawdę dużo. Więc jeśli ją kochasz, to walcz o nią do samego końca i się nie poddawaj. Nigdy. - Wiedziałam, że Tori czuje coś do niego. A on do niej. Widziałam to.
  - Dziękuję - odparł. Zauważyłam, że w jakiś sposób moje słowa podniosły go na duchu.

*** 

  Poczułam szarpnięcie za ramię, wmieszane w resztki snu. Niezrozumiałe słowa, które się powtarzały. Odmruknęłam coś w odpowiedzi i próbowałam przewrócić się na drugą stronę. Niestety, śpiąc na krześle szpitalnym nie było to zbytnio możliwe.
  Ocknęłam się z parominutowego snu, poprawiając się na siedzeniu i udając, że wcale nie zasnęłam. Owinęłam się ciaśniej czarną skórzaną kurtką i spojrzałam na Dylana, który siedział tuż obok.
  - Co tu robisz? - Spytałam, nadal sennie. Po dwóch sekundach doszłam do wniosku, że to pytanie jest nie na miejscu i zabrzmiało trochę chamsko. Potrzebowałam kubka pełnego mocnej kawy, by na dobre powrócić do rzeczywistości.
  - Przyjechałem zaraz kiedy się dowiedziałem o tym wszystkim - odpowiedział, spoglądając na mnie ze współczuciem. - Może będzie lepiej, jak odwiozę cię do domu i prześpisz się w łóżku, a nie na plastikowym krześle.
  Pokręciłam przecząco głową, nie miałam zamiaru opuszczać przyjaciółki.
  - Dziękuję za troskę, ale zostanę tutaj. Nie musisz mnie nigdzie odwozić bo mam swój samochód - odparłam na odchodnym, udając się do kafejki, by zamówić kawę.
  Już po chwili mnie dogonił i szedł równo z moim tempem.
  - Właściwie to już nie masz. Widziałem jak laweta je zabiera.
   Zatrzymałam się, uderzając ręką w czoło.
  - Cholera, miałam go przestawić - powiedziałam, przypominając sobie, że zostawiłam samochód tuż przy wejściu do budynku. Będzie mnie czekała wizyta na parkingu policyjnym.
  Wrzuciłam do automatu dwie monety, a kiedy urządzenie połknęło pieniądze i się zacięło, uderzyłam pięścią w metalowe pudło. Poczułam przeszywający ból w ręce, jednak to pozwoliło mi racjonalnie myśleć. W końcu kawa zaczęła wpływać do brązowego kubeczka.
  - Popełniłem dziś błąd i naprawdę cię za to przepraszam, nie powinienem pozwolić ci odjechać w takim stanie… - przerwałam mu gestem dłoni,
odwracając się w jego stronę.
  - Jesteśmy przyjaciółmi - zaczęłam, przybliżając się do niego i podnosząc lekko głowę do góry, by móc spojrzeć mu w oczy. Jego wzrok był skierowany tylko na mnie.
  - Masz prawo spotykać się z kim chcesz, tak samo ja… - zacięłam się na
chwilę, by przyjrzeć się jego twarzy oraz najmniejszym elementom; jak te charakterystyczne pieprzyki, idealne usta...
  Szukałam odpowiednich słów o chwilę za długo.
  - Świetnie, że masz dziewczynę, cieszę się - wymusiłam uśmiech.
  Złapał mnie delikatnie za ramiona, ale zrobiłam krok do tyłu i zabrałam kawę. Targały mną emocję, których dotychczas nie znałam. Czy byłam zazdrosna? Nie, raczej nie.
  - To nie jest moja dziewczyna - odpowiedział, opierając się o automat.
  - Nie obchodzi mnie to - wydukałam, oddalając się od chłopaka i wracając do sali, na której leżała Tori.

*TORI*

  Przebudziłam się. Umysł wciąż był zamroczony, więc czułam jedynie przytępiony ból we wszystkich częściach ciała. Miałam wrażenie, że najbardziej ucierpiała moja głowa - stała się zbyt ciężka i coś jakby próbowało wybić mój mózg wielkim młotkiem. 
  Spróbowałam się podnieść, lecz ręce i nogi miałam unieruchomione. Zdołałam jedynie unieść głowę na tyle, by zobaczyć, że ktoś siedzi przy moim łóżku. Sylwetka w końcu stała się wyraźna - rozpoznałam Lie, śpiącą na krześle.
  - Lie - gardło miałam jak papier ścierny. - Hej, Lie.
  Przyjaciółka poderwała się, przestraszona. Kiedy przypomniała sobie, gdzie jest, wzięła głęboki wdech, by się uspokoić. Dostrzegłam ślady łez na jej policzkach oraz zmęczenie. Miałam wyrzuty sumienia, że to przeze mnie.
  - O Boże, Tori - wstała i chyba chciała mnie przytulić, ale w ostatniej chwili wycofała się, nie chcąc zrobić mi krzywdy. - Lekarze powiedzieli, że się wybudzisz, ale nie wiedzieli kiedy... - urwała, opadając ponownie na szpitalne krzesło. Oparła łokcie na kolanach. - Co cię boli? - Spytała zamiast tego.
  Oprócz wszystkiego? Wszystko.
  - Nic - skłamałam, z bladym uśmiechem. - Mają tu dobre prochy.
  Nie udało mi się jej rozbawić. Serce mi pękało na jej widok. Na pewno nie spała od dłuższego czasu. 
  - Pamiętasz co się stało?
  Przełknęłam rosnącą gulę w gardle. Nie byłam pewna czy to z upokorzenia, czy ze złości. Oczywiście, że pamiętałam. Pamiętałam wszystko. Utratę kontroli, uderzenie, gorąco i zimno na zmianę, a potem tylko ciemność. Pamiętałam również małoletniego mulata wychodzącego zza mojego samochodu. Cholera jasna, musiał przy nim grzebać. Byłam wściekła na siebie, że nie zrobiłam później przeglądu, by sprawdzić czy wszystko jest w porządku.
  Przytaknęłam tylko głową i obiecałam sobie, że dopadnę Roy'a po tym wszystkim. Tutaj nie chodziło już o mój wpadek - potrafiłam przezwyciężyć fizyczny ból. Ale absolutnie nikt nie powinien zmuszać dzieci do takich rzeczy.
  Wiedziałam, dlaczego tak bardzo zezłościł mnie widok siedemnastolatka jako sługusa Roy'a. Ponieważ byłam taka sama. Zobaczyłam młodszą, męską wersję siebie - nieczułą, podatną na rozkazy, chętną zemsty. 
  Zacisnęłam pięści. Coś wciąż uniemożliwiało mi ruszanie się.
  - Dlaczego jestem przywiązana pasami? - Spytałam, jednocześnie próbując wyswobodzić się z więzienia. 
  - Baliśmy się, że coś sobie zrobisz - wyjaśniła przyjaciółką, przypatrując się moim wysiłkom z litością.
  - Jestem poszkodowana, nie chora psychicznie.
  - To nie o to chodzi.
  Chciało mi się płakać. Nie czułam się tak bezsilna od czasu pożaru. Odebrano mi godność oraz wolność. Oparłam głowę z powrotem na niewygodnej poduszce, wbijając uparcie wzrok w sufit.
  - Po prostu mnie rozwiąż - poprosiłam, a z lewego kącika oczu pociekła mi łza. - Proszę, Lie, dam sobie radę.
  Przyjaciółka spełniła moją prośbę. Widziałam, jak zaciska zęby i walczy sama ze sobą. Nie miałam pojęcia, co zrobiłabym na jej miejscu. I jeśli Bóg istnieje, to dziękowałam mu w tej chwili, że nie padło na nią. 
  Uniosłam się. Zakręciło mi się w głowie, ale nie dałam po sobie tego poznać. Zaśmiałam się cicho, chcąc dodać nam obu otuchy.
  - Czuję się jak na największym kacu świata - oznajmiłam. 
  Lie jęknęła.
  - Muszę się napić - spojrzałam na nią z niedowierzaniem. - Kawy. Muszę się napić kawy - sprostowała szybko. - Jesteś pewna, że sobie poradzisz?
  Przytaknęłam, ale położyłam się z powrotem. 
***
  Niebieska koszula szpitalna jeszcze bardziej podkreślała moją chorobliwą bladość. Miałam podkrążone oczy, kilka siniaków oraz rozcięć, ale poza tym było w miarę dobrze. Jeśli słowem "dobrze" można określić kogoś, kto wyszedł z wypadku samochodowego. Widocznie poduszka powietrzna wykonała choć w części swoje zadanie. Podobno miałam wstrząśnienie mózgu, więc to moje wnętrze ucierpiało najbardziej.
  Odłożyłam podręczne lusterko na szafkę nocną. Byłam ciekawa ile godzin spędziłam w nieświadomości. 
  Usłyszałam jak ktoś zamyka za sobą dni. Byłam przekonana, że to Lie, jednak ujrzałam ostatnią osobę, którą chciałabym tu widzieć. Zaklęłam w myślach.
  - Tori - zabrzmiało to jak westchnięcie ulgi. Tom podszedł do mnie i delikatnie ujął za dłoń. Wyrwałam mu się.
  - Co ty tu robisz? - Zabrzmiało nieco ostrzej niż tego chciałam.
  - Lie po mnie zadzwoniła - wyjaśnił, wcale niezrażony moim tonem. - Tak się cieszę, że nic ci nie jest.
  Spojrzałam tęsknie na wenflon z kroplówką. Gdyby tak poluźnić ten klips i zwiększyć sobie dawkę... Może wtedy tak bardzo nie przejmowałabym się jego wizytą. To miał być koniec. Szczególnie po tym wszystkim nie mogłam go dalej narażać.
  Uznałam, że ciężko będzie patrzeć mu w oczy, lecz byłam mu to winna. Odwróciłam głowę w jego stronę. Był zmęczony, ale wydawał się szczęśliwy.
  - To nie fair - powiedziałam. - To nie w porządku, że zjawiasz się tutaj i mówisz mi takie rzeczy, chociaż wyraźnie dałam ci do zrozumienia... - zacisnęłam szczękę, nie chcąc się rozpłakać, tak jak wtedy. - To nie wypali, rozumiesz? Nie chcę cię tutaj - na jego twarzy odmalował się ból. Zraniłam go, mimo że starałam się uniknąć tego za wszelką cenę. Ale mogłam to znieść, jeśli będzie bezpieczny.  - Nie chcę cię w moim życiu. Przyjmij to w końcu do wiadomości.
  Spuścił głowę. Miałam ochotę zamordować samą siebie. Idiotka.
  - Rozumiem - odrzekł w końcu. Wstał i otrzepał jeansy, jakby nie wiedział, co zrobić z rękoma. - Przepraszam.
  Odwróciłam głowę.
  - Po prostu wyjdź.
  Odczekałam chwilę. Słyszałam jego kroki na szpitalnej posadzce. 
  - Przepraszam - powtórzył wolno - ale nie zamierzam wycofać się tak łatwo po tym wszystkim. 
  I wyszedł.
  Jego ostatnie słowa zabrały mi ostatnie resztki oddechu oraz zdrowego rozsądku. Była w nich obietnica; której, tak przy okazji, cholernie chciałam. A to było okropnie egoistyczne z mojej strony. Nie potrzebowałam nikogo, by o mnie walczył, pół mojego życia było polem bitwy. Ale jeśli zaczynałam czuć coś do tego mężczyzny, to dało o sobie znać w tej chwili.
  Pielęgniarka weszła na oddział. Poprawiła mi poduszkę bez słowa.
  - Czy może pani zwiększyć mi dawkę? - wskazałam ruchem głowy na kroplówkę z środkiem przeciwbólowym. - Tak, żebym nic nie czuła.



  

piątek, 4 września 2015

Rozdział 17


"There's something inside you
It's hard to explain
There's something inside you boy
And you're still the same"

*TORI*

  Nie mogłam powiedzieć, że obudziłam się ze złamanym sercem, ponieważ prawie go już nie miałam.
  A może po prostu nie zdążyłam zakochać się w Tomie do tego stopnia, by można było mówić o takich uczuciach.
  Mogłam być nim zauroczona, zainteresowana, ale ja nie zakochiwałam się łatwo. Nigdy nie doznałam czegoś takiego. Inni chłopcy, z którymi jeszcze dwa lata temu spędzałam noce, byli jedynie rozrywką. Czymś jak sen, który zapomina się od razu po przebudzeniu. Prowadziłam życie niebezpieczne, lecz bogate. Nie miałam czasu na zakochanie się, na miłość. To nie istniało w moim przypadku.
  Więc obudziłam się z przeraźliwą wręcz obojętnością i chłodem zalewającym mi żyły. Dzisiaj wcielałyśmy w życie plan uratowania Charlesa. Nie mógł mnie rozpraszać Tom ani uczucia do niego. Nawet nie byłam ich pewna, a ostatnie, czego teraz bym chciała, to właśnie rozmyślanie o tym.
  Lie przygotowała mi wszelki potrzebny sprzęt. Jak zawsze na zleceniu była moimi oczami i uszami. Wsadziłam niepozorną słuchawkę do ucha.
  - Czuję się jak jakiś super tajny agent - wysiliłam się na żart.
  Lie poprawiła mi mikrofon wszyty w górną kieszeń w skórzanej kurtce. Chyba też nie było jej do śmiechu. Od tej misji zależała przyszłość rodziny Charlesa oraz nasza.
  - Znasz plan? - Upewniła się, gdy już skończyła. Wywróciłam oczami, puszczając to pomimo uszu. Dobrze wiedziała, że mogłabym wyrecytować go w środku nocy. - Wiem, wiem, po prostu...denerwuję się.
    Przegryzłam wargę odrobinę zbyt mocno - jak zawsze, gdy się stresowałam - i poczułam metaliczny posmak krwi w ustach.
  - Ja też - przyznałam.
***
6:56
  Tym razem było o tyle trudniej, że miałam kogoś uratować. Nigdy nie uratowałam czyjegoś życia. Mogłam go tylko pozbawiać.
  Zaparkowałam samochód przy posesji sąsiadów Charlesa. Nieświadomie wystukiwałam na kierownicy rytm jednej z moich ulubionych piosenek. Przestałam od razu, gdy się na tym przyłapałam. Tak samo przestałam przegryzać tę cholerną wargę i nerwowo podrygiwać nogą. Nabrałam naprawdę złych zwyczajów w stresowych sytuacjach. Niedobrze, Tori.
  W końcu zobaczyłam Charlesa. Było tak, jakby ktoś uderzył mnie w żołądek. Nawet z daleka mogłam dostrzec pewne nieprawidłowości, tak niezwykłe dla niego. Włosy miał odrobinę za długie - przydałoby mu się strzyżenie. Krok nie przypominał już przyczajonego kocura, jak to zwykłam go określać. Zmężniał. Wydoroślał, dojrzał...To po prostu nie był już tamten Charlie, choć dalej kochałam go tak samo.
  Wzięłam głęboki wdech i wysiadłam z samochodu. Poczekałam przy żywopłocie. Musiałam jakoś się uspokoić, lecz miałam ogromną potrzebę przytulenia go i przygładzenia mu tych niesfornych włosów.
  Byłby mnie minął, gdybym nie odchrząknęła. Stanął jak wryty, po czym uśmiechnął się szeroko. 
  - Alex! - krzyknął, z typowym dla siebie entuzjazmem. Przytulił mnie mocno. Oddałam gest, nieco powściągliwie. -  Boże, tak się cieszę, że cię widzę - wyszeptał, jakby spodziewał się, że pewnego dnia znajdzie moje martwe ciało na dnie rowu.
  - Też się cieszę, Charlie - łzy napłynęły mi do oczu. Przytuliłam go mocniej. Był o wiele wyższy ode mnie, zupełnie taki, jaki powinien być starszy brat, prawda? - I przepraszam.
  - Za co... - zaczął, ale nie zdążył. Nacisnęłam pewien punkt na jego szyi odpowiednio długo, by stracił przytomność. Otarłam czym prędzej słony płyn zasłaniający mi widoczność. Nie wzięłam pod uwagę transportu mojego dużego brata do samochodu, ale po nadludzkim wysiłku w końcu mi się to udało. 
  Czułam się, jakbym go zdradzała. Sam nauczył mnie tego chwytu, a teraz wykorzystałam go przeciwko niemu. 
  To dla jego dobra. Tylko i wyłącznie dla jego dobra.
  ***
7:34
  Tata był już na miejscu, razem z jednym z pracowników Roy'a. Widocznie uznali, że nie miał nic wspólnego z naszą ucieczką, ale nie ufali mu do końca. 
  Nieznajomy niepokojąco przypominał sługusa, którego zabiłam niegdyś w parku. Ten sam szczurzy wyraz twarzy. Odrzucało mnie na sam jego widok.
  Otworzyłam tylne drzwi samochodu, gdzie leżało bezwładne ciało Charlesa. Mężczyzna wyjął chusteczkę z kieszeni i przytknął ją sobie do nosa. Zachciało mi się śmiać na ten widok. Był coś zbyt wrażliwy jak na pracownika psychopaty.
  Nachylił się nad Charlesem.
  - Czy on nie powinien krwawić? - Spytał podejrzliwie.
  Prychnęłam cicho.
  - Żeby zaświnił mi tapicerkę? Śmierć przez uduszenie.
  Mężczyzna zmierzył mnie od stóp do głów krytycznym wzrokiem. Byłam zbyt drobnej postawy, za to Charles wydawał się składać wyłącznie z mięśni.
  Wzruszyłam ramionami.
  - Sprawdź tętno, jeśli mi nie wierzysz - dodałam.
  Wzdrygnął się i odsunął czym prędzej. Pstryknął palcami, wołając kogoś o imieniu Josh. Zaklęłam w myślach. Myślałam, że z obstawy Roy'a był tylko on, podczas gdy zza mojego samochodu wyszedł nastoletni mulat. Zrobiło mi się niedobrze na myśl, że Cruger werbuje dzieci do swojej małej, psychopatycznej mafii.
  Josh bez emocji przyłożył dwa palce do szyi Charlesa. 
  - Nie żyje - oznajmił obojętnie.
  - Co zamierzacie zrobić z ciałem? - Odezwał się ten pierwszy.
  Zatrzasnęłam drzwi samochodu, zniecierpliwiona.
  - Nie twój cholerny interes - syknęłam. - Mogę je nawet sprzedać, jeśli chcę. A teraz żegnam.
  Mężczyzna skrzywił się z obrzydzeniem, zapewne wyobrażając sobie poszatkowane zwłoki na jakimś indyjskim straganie.
  - Jesteś odrażająca - rzucił tylko przez ramię, znów pstrykając na Josha. 
  Po ich odjeździe natychmiast ucisnęłam ten sam punkt na szyi Charlesa. Chłopak nabrał gwałtownie powietrza, chwytając się za gardło. Usiadł, próbując dojść do siebie.
  Pomogłam mu wysiąść z samochodu. Wciąż był w szoku. Rzuciłam mu się na szyję.
  - Boże, Charlie, tak strasznie cię przepraszam - krzyknęłam mu do ucha. Wytłumaczyłam mu wszystko od początku. Słuchał, nawet nie będąc szczególnie zaskoczonym. Bałam się, że będzie zły, ale on tylko westchnął ciężko. Potarł tylko miejsce nad brwią, jak zawsze, kiedy się martwił.
  - Nie powinienem był was na to narażać. Nie powinienem był was tego uczyć i zachęcać.
  Otworzyłam szeroko oczy. Zacisnęłam pięści, nie mogąc uwierzyć w to, co powiedział.
  - Dałeś mi rodzinę, Charlie. - Spojrzał na mnie zaskoczony. - Więc przestań się użalać. Zacznij nowe życie, tak jak kiedyś pozwoliłeś na to nam. 
  Usłyszałam silnik samochodu Lie. Pocałowałam szybko Charlesa w policzek. Nie mogłam się rozkleić. Uśmiechnęłam się do niego krzepiąco. Nie potrafiłam jednak się odezwać, ze względu na to, że zabrzmiałoby to zbyt miękko i zbyt płaczliwie. On i tak zrozumiał.
***
7:44



Włączyłam radio, lecz każda piosenka była o bólu, stracie lub utraconej miłości. Miałam dość słuchania o ciągłym żalu, więc nacisnęłam z powrotem guzik. Usadowiłam się wygodniej na siedzeniu. Nie lubiłam prowadzić samochodu, ale nie wpakowałabym nieprzytomnego Charlesa na mój motocykl, więc ten jeden raz musiałam ustąpić.
  Właśnie przejeżdżałam autostradą, mijając rozłożyste palmy, kiedy straciłam panowanie nad kierownicą. Serce podeszło mi do gardła. Próbowałam zahamować, ale było tak, jakby to ktoś inny sterował pojazdem. Byłam niebezpiecznie blisko stłuczki z autem przede mną, więc niewiele myśląc skręciłam w bok. 
  Uderzenie, ból przeszywający czaszkę oraz kręgosłup, zimno, a potem nagłe gorąco. Coś ciepłego spłynęło mi z boku twarzy, lecz zanim zorientowałam się co to, pogrążyłam się w ciemnej pustce.


  

*LIE*


7:00

  Z lekkim opóźnieniem wyjechałam z domu, kierując się w stronę Corony.    Obmyśliłam każdy szczegół planu, z jednym wyjątkiem - jak wywieźć niczego nieświadomą kobietę. W najgorszym wypadku zagroziłabym jej, ale nie zamierzałam ryzykować jej poronieniem. 

  Przyśpieszyłam trochę, dochodząc do stu trzydziestu kilometrów na godzinę i sprawnie wymijając samochody. 
  - Skręć w lewo, a ominiesz korek - powiedziałam do mikrofonu przyczepionego do kurtki, który był połączony tym z Tori. - Potem prosto i będziesz na miejscu -dodałam, zamykając jedną ręką laptop z mapą oraz zaznaczoną drogą.
   Otworzyłam schowek, upewniając się po raz drugi, że nie zapomniałam najważniejszych dokumentów. Ponownie skupiłam wzrok na jezdni; m bliżej znajdowałam się domu Charlesa, tym bardziej traciłam swoją niezastąpioną pewność siebie. Spojrzałam przelotnie na cyfrowy zegar, znajdujący się przy kierownicy. Tori powinna już zająć się Charliem. Skręciłam w lewo, podążając alejką dobrze wyglądających domów. Zatrzymałam się tuż obok białej posiadłości z pięknym ogrodem. Nabrałam parę wdechów i wydechów zanim opuściłam pojazd. Nerwowo podążyłam do drzwi i nieśmiało zadzwoniłam. Po niecałej minucie otworzyła mi żona Charlesa - zielonooka blondynka z wystającym brzuchem. 
  - W czym mogę pomóc? - zapytała miło. Cholera i co miałam powiedzieć tej kobiecie? Cześć właśnie twój mąż leży jako trup w bagażniku przyjaciółki, a teraz musisz jechać ze mną. 
  - Nazywam się Julia Villis - przedstawiłam się prawdziwym imieniem i nazwiskiem, licząc na to, że Charles opowiedział o swoim życiu. 
  Blondynka patrzyła na mnie przez chwilę, a potem przytuliła. Stałam oniemiała nie bardzo rozumiejąc zachowania kobiety. 
  - Och, tak się cieszę, że Cię poznałam. Charlie dużo o was mówił. Bardzo mi przykro z powodu straty waszych rodzin - ostatnie słowa wywołały w moim sercu mały ból, który jednak szybko zniknął.
  - Przepraszam za maniery, zapraszam do środka - uśmiechnęła się, pokazując gestem dłoni, bym weszła. Na półce obok kwiatów znajdowały się ich wspólne zdjęcia. Wzięłam do ręki jedną z niebieskich ramek - wyglądali na bardzo szczęśliwych. 
  - Czego się napijesz? - spytała, wychylając się z kuchni. Moja mina najwyraźniej wskazywała, że nie przyszłam na pogaduszki. - Cholera, co się stało?
  Skupiłam myśli nad tym jak przekazać jej informacje, ale skoro wie, w jakim świecie żył Charles, powinno pójść mi to łatwiej.
  - Musicie wyjechać, przygotowałam wszystkie dokumenty, wasze nowe dane i bilety na Florydę - zatrzymałam się na chwilę, czekając na reakcję Rosalie. Odłożyła czajnik na miejsce i porwała z wieszaka sweter. 
  - Znów wyjeżdżać - mruknęła. - Jako kobieta w ciąży powinnam unikać wyjazdów, niech ci mordercy w końcu to zrozumieją - z trudem włożyła buty i dalej mówiła coś pod nosem. 
  Nie ukrywam - byłam zdziwiona jej reakcją. 
  Usłyszałam w słuchawce szelest.
  - Gdzie jesteś? - Zapytała Tori.
 - Już wyjeżdżam - odparłam krótko, po czym wyłączyłam mikrofon. 
  Rosalie zamknęła ostatni raz drzwi i spojrzała smutno na budynek. 
  - No to jedźmy - powiedziała nadal ze smutnym grymasem, podążając - tak, jak na kobietę w ciąży przystało - w stronę czarnego samochodu. 
*** 
7:39
  Zatrzymałam samochód w zaułku gdzie czekał już tata Tori oraz Charles.
 Moja pasażerka wybiegła, podeszła do męża i przytuliła go. Widok byłby naprawdę romantyczny, gdyby nie okoliczności w jakich się tutaj znaleźliśmy.
  Zabrałam białą kopertę i również wysiadłam. 
  - Och, Julio, cieszę się, że wam nic nie jest - powiedział Charlie, przytulając mnie. Poczułam jak do oczu napływa potok łez. Byłam szczęśliwa, widząc człowieka, który odmienił moje życie. Wręczyłam mu kopertę. 
  - Wiesz, co z tym zrobić - odparłam, posyłając szczery uśmiech. Samolot odlatywał za dwie godziny więc powinni już powoli odjeżdżać; jednak nikt nie potrafił się pożegnać. 
  Wyciągnęłam telefon, słysząc powiadomienie. Odczytałam wiadomość od nieznanego numeru i - nie wierząc treści - przeczytałam ponownie:
“Butler odpadł, kto kolejny? Może jest nim już O’Brien?” 
  Nie musiałam hakować numeru, by dowiedzieć się, kto jest nadawcą. To było oczywiste - Roy. 
 Oddaliłam się od przyjaciół, dzwoniąc do Dylana. bez skutku. Miałam już wizjĘ przyjaciela przywiązanego do krzesła, torturowanego czy nawet coś gorszego. Obrazy, których ciągle przybywało. 
  - Żegnajcie, Charles i Rose - rzuciłam tylko do przyjaciół,  czując jak łzy zaczynają napływać mi do oczu. Nie czekając ani chwili dłużej, wsiadłam do samochodu i ruszyłam z piskiem opon. 
*** 
  Minęło zaledwie sześć minut, a znajdowałam się pod domem Dylana. Słone krople spływały już po twarzy. Całą drogę prosiłam, by nic mu się nie stało. Tego bym sobie nie wybaczyła. Pobiegłam do drzwi i czekałam, aż w końcu otworzy. Każda sekunda wydawała się minutą. Miałam już zamiar wejść oknem, kiedy w końcu usłyszałam kroki po drugiej stronie. Gdy zobaczyłam Dylana, poczułam ogromną ulgę i zaczęłam się śmiać. To nie był normalny śmiech, raczej histeryczny. 
  - Lie, co się dzieje? - zapytał, zdziwiony moim stanem. Dopiero teraz zauważyłam, że miał zaledwie bokserki. Wyglądał jakby przed chwilą się obudził. Za jego plecami pojawiła się piękna brunetka w jego białej koszuli. Mogłam powiedzieć o sobie, że wyglądałam, jakbym nie myślała logicznie - rozmazany tusz oraz zaczerwienione oczy; poczucie ulgi oraz złości w jednym. 
  - Nie będę wam przeszkadzać - powiedziałam, posyłając w ich stronę sztuczny uśmiech. Dziewczyna za nim spojrzała na mnie z wyższością, po czym złapała przyjaciela za rękę, starając się go odciągnąć. Zaczęłam odchodzić, odwracając się tylko raz w stronę Dylana.
  - Nie możesz teraz iść. Cholera co się stało? - ponownie zapytał, oczekując jakiejkolwiek odpowiedzi. Zrobił parę kroków w moją stronę, ale zatrzymałam go gestem dłoni. 
  - Nic się nie stało - skłamałam po części i odeszłam, nie odwracając się. 
*** 
8:01
 Zatrzymałam się w swoim ulubionym miejscu - na Golden Gate Bridge. Gdzie byłam tylko ja, samochody oraz nieznalezione ciała samobójców, leżące gdzieś w głębinach. Wpatrywałam się w wodę, jakbym czegoś szukała. Ale czego? Byłam szczęśliwa, że Dylanowi nic nie jest choć z drugiej strony byłam wściekła, że nie odebrał telefonu, że rzuciłam wszystko i przyjechałam do niego. Jednak to była tylko i wyłącznie wina Roya. Manipulował mną, mógł zrobić cokolwiek, a ja ruszyłabym nawet na koniec świata, by chronić, bliskich, którzy mi pozostali.
  Gniew coraz bardziej we mnie narastał, szukając jakiegokolwiek ujścia. Krzyknęłam, próbując się wyładować. Nikt mnie nie usłyszy więc mogłam krzyczeć do woli. Kiedy poczułam się już lepiej - czyli wyprana ze wszystkich emocji - usiadłam na trawie, obracając w palcach samotną stokrotkę.
    Usłyszałam przychodzące połączenie; spojrzałam przelotnie na wyświetlacz - Tori. Chciałam na chwilę pobyć w samotności więc zignorowałam brzęczącą komórkę. 
  Zastanawiałam się, jakie mieli problemy ludzie, którzy skończyli tutaj życie. Jakimi byli tchórzami. Czy można byłoby rozwiązać ich problemy? Może również byli na zawołanie psychopaty? 
  - Czego chcesz?! - rzuciłam do słuchawki, gdy za trzecim razem odebrałam. 
 - Czy rozmawiam z Natalie Castey? - zapytał mężczyzna po drugiej stronie słuchawki. 
  - Przy telefonie - odpowiedziałam. 
 - Prosiłbym, by pojawiła się pani jak najszybciej w szpitalu. Pani Victoria miała wypadek... - i w tym samym momencie upuściłam telefon. Potrzebowałam dłuższej chwili by przyswoić informację. Poczułam jak moja dusza odpływa i zostaje jedynie puste ciało. Nie mogłam uwierzyć, że to działo się naprawdę.
-----------------------------------------------------------
Jak widać, wprowadziłyśmy parę zmian na blogu. Nowy szablon, rozpiska rozdziałów i...brak zakładki "Spam". Byłyśmy wkurzone faktem, że linki do blogów wędrowały do spamu, ale nikt nie kwapił się do zaznajomienia się z treścią naszego. Mamy kilku wspaniałych czytelników i bardzo Wam dziękujemy ^^ A pustych obserwacji nie potrzebujemy.
I mimo ciężkiego roku szkolnego, postanowiłyśmy napisać razem kolejne fanfiction! Link powinniście dostać do tygodnia :3 Jeśli ktoś będzie zainteresowany, będzie nam bardzo miło.
To tyle z naszej strony.





piątek, 14 sierpnia 2015

Rozdział 16


"Oh, and I found love where it wasn’t supposed to be,
Right in front of me"

*TORI*


  Byłam w ustalonym przez tatę miejscu parę minut przed czasem. Zginałam i prostowałam nerwowo karteczkę z adresem w dłoni, starając się oddychać przez nos. Miałam tak wiele pytań, które chciałam mu zadać, a zarazem nie byłam pewna, czy chcę usłyszeć odpowiedzi na nie. To mogło zaboleć, a ja bałam się bólu. Nie fizycznego - ten bez problemu mogłam wytrzymać. Ale psychiczny pozostawiał po sobie piętno, przez które stawałam się słabsza.
  - Przyszłaś. - Usłyszałam za sobą. Drgnęłam niespokojnie.
  Tata wyglądał na zmęczonego. Zmarszczki na jego twarzy stały się jakby głębsze i bardziej widoczne. Trzymał ręce w kieszeniach - chyba był tak samo speszony jak ja.
  - Przyszłam po odpowiedzi - odparłam. - Chcę cię wysłuchać, ale jeśli wyczuję, że kłamiesz, po prostu stąd odejdę.
  Pokiwał głową. Wskazał na parkową alejkę, oświetloną jedynie lampami gazowymi. Zaczęliśmy iść ramię w ramię, choć trzymałam się nieco na dystans. 
  - Wiedziałeś, że żyję? - Wyrzuciłam w końcu z siebie. Objęłam się ramionami i pochyliłam głowę. 
  - Taką miałem nadzieję. Ciebie i Julii nie było w noc pożaru w domu. Szukałem was przez ten cały czas, dopóki nie zobaczyłem cię w tej celi. 
  Odetchnęłam z ulgą. Byłabym wściekła, jeśli by nie próbował.
  - Więc co robiłeś u Roy'a? - zadałam kolejno, jedno z bardziej nurtujących pytań. Musiałam wiedzieć czy można mu ufać.
  Tata wziął głęboki oddech i zaczął opowiadać. Chyba było mu równie ciężko jak mi.
 Tego dnia gdy razem z Lie wyszłyśmy po kryjomu na przyjęcie, rodzice zorientowali się, że nas nie ma. Mój tata poszedł nas szukać, a kiedy wrócił, zastał to samo, co my - płonący dom. Myślał, że wszyscy mieszkańcy spalili się żywcem, włącznie z rodziną Lie. Oczywiście wiedział, że my musiałyśmy gdzieś tam być. Zgodnie z wcześniejszymi słowami, szukał nas przez cały ten czas. Nie mógł dać znaku życia - zupełnie jak my - ponieważ pożar spowodowany był podpaleniem. Rodzice moi oraz Lie mieli wielu wrogów. Pewnego dnia Roy zaproponował mu pomoc w szukaniu nas, w zamian za pracę dla niego. Tata zgodził się bez wahania. 
  W miarę jak to mówił, czułam rosnącą ulgę, a jednocześnie zdenerwowanie. Wiedziałyśmy, że nasza śmierć była sfingowana. Okazało się jednak, że nie miałam jeszcze pojęcia o wielu rzeczach.
  Poczułam, że muszę przyznać się do swojego życia. Opowiedziałam mu o wszystkim. Tak, tato, zabiłam zbyt wiele razy. Twoja córka jest morderczynią. 
  Gdy skończyłam, byłam przygotowana na dezaprobatę z jego strony. Jednak tata tylko przytulił mnie mocno. Poczułam piekące łzy w oczach, ponieważ nie zasługiwałam na coś takiego. Żaden ojciec nie mógł być dumny z takiej córki.
   Przez cały ten czas myślałam, że tata nie żyje. Teraz go odzyskałam. Już czas cieszyć się z drugiej szansy posiadania ojca. Odwzajemniłam więc uścisk. 
  - Nie powinieneś tego pochwalać, tato - szepnęłam przez łzy, zła na siebie.
  - Jestem dumny, że stałaś się samodzielna - powiedział stanowczo. - Przeszłaś piekło, a nigdy nie zapomniałaś o rodzinie. Stałaś się dorosła. Chciałbym przypisać to sobie - uśmiechnął się blado - ale dokonałaś tego zupełnie sama. 
  Zaśmiałam się. 
  - Cholera, tato, nie mogę się rozpłakać - odsunęłam się od niego i szybko otarłam słony płyn z kącików oczu. Zaraz jednak spoważniałam. Zostało jedno pytanie. - Czy mama i Emma...?
  Potrząsnął głową.
  - Rodzina Julii również nie przeżyła. Przykro mi.
  Zorientowałam się, że tliła się we mnie jeszcze nadzieja. Kolejna część mnie umarła razem z nią. Musiałam ją zdusić, zanim znowu stracę rozum.
  A teraz powinnam skupić się na uratowaniu Charlesa. Ostatnio tak bardzo skupiłam się na swoich relacjach z Tomem, że zapomniałam o swoim zadaniu. Przypomniałam sobie jak potrafił mnie rozbawić, jak na mnie patrzył. To nie była tylko przyjaźń; nie mogłam pozwolić się temu rozwinąć. 
   Musiałam się pożegnać, ze względu na nas oboje.

***
  Dwadzieścia minut później zaparkowałam motocykl na podjeździe Toma.  Powoli ściągnęłam kask, przyłapując się na opóźnianiu tego. Wiedziałam co muszę zrobić i nie podobało mi się to. Stawałam się zbyt miękka, zbyt szybko się rozczulałam. To nie była ta Tori sprzed paru tygodni. 
  Sześć lat temu przysięgłam sobie, że już nigdy nie rozpłaczę się przez faceta.
  To oni mieli płakać przeze mnie.
 Ale teraz chciałam tylko ograniczyć szkody. Druga część zasady nie tyczyła się Toma. Ja potrzebowałam pełnego skupienia, wykonując pozostałe zlecenia, a on musiał o mnie zapomnieć. Wszyscy, których kochałam, gryźli już ziemię albo żyli w niebezpieczeństwie. On nie mógł dołączyć do tego grona.
  Zadzwoniłam parę razy do drzwi, starając się uspokoić puls. Stanął w drzwiach, zdezorientowany. Kiedy mnie zobaczył, jak zwykle uśmiechnął się szeroko. Chciałam nacieszyć się tym uśmiechem ostatni raz.
  - Hej, Tori... - zaczął.
  - Mam prośbę - przerwałam mu natychmiast. - Zapomnij o mnie.
  Zamrugał szybko. Zniknęła spokojna postawa - cały się spiął. Zniknął również uśmiech i zastąpiła go szczera troska.
  - Nie rozumiem - przyznał. Sięgnął dłonią do mojego policzka, ale odsunęłam się. 
  - Zapomnij o mnie. Zacznij żyć - nakazałam hardo. - Przerwij to, cokolwiek nas łączyło. 
  Zacisnął usta w cienką kreskę. Był zły, nie dziwiłam mu się. Byłam cholernie wkurzona, sama na siebie. Ale robiłam to, co słuszne. Nie mogłam pozwolić Roy'owi zranić Toma. Nie przeżyłabym tego.
  - Jeśli myślisz, że to takie proste, zapomnieć dosłownie o wszystkim...
  Przerwałam mu gwałtownie, przyciskając swoje wargi do jego. Oszołomiony, objął mnie w pasie, a ja zarzuciłam mu ręce na szyję. Nasze oddechy zmieszały się, usta idealnie się do siebie dopasowały. Tym razem łzy pociekły mi po policzkach. Pieprzyć zasady. Nie przejmowałam się tym. Ten pocałunek był naszym pierwszym i ostatnim. A Tom całował mnie żarliwie i z uczuciem. Zastanawiałam się, czy jeśli wczoraj pozwoliłabym mu na to, wyszłoby mniej desperacko z mojej strony.
  Wplotłam mu palce we włosy. Zaczęło padać, ale nie weszliśmy do środka. Przyciągnął mnie do siebie bliżej, o ile to w ogóle było możliwe. Był delikatny, ale stanowczy, a ja nie pozostawałam mu dłużna. Chciałam zapamiętać jego silne ramiona, dłonie muskające skrawek nagiej skóry na brzuchu, te miękkie wargi stworzone do całowania...kogoś innego.
  Położyłam mu ręce na torsie i lekko odepchnęłam, gdy poczułam, że brakuje mi już powietrza oraz samego rozumu.
  - Teraz cię nie puszczę - wychrypiał.
  Dotknęłam trzema palcami jego ust.
  - To było moje pożegnanie, Tom. Pozwól mi odejść - odparłam. Jeśli mnie nie puścisz, rozpłaczę się na dobre, dodałam w myślach. - Przepraszam.
  Odwróciłam się, wyrywając się z uścisku i pobiegłam do motocyklu.

***
  Gdy wróciłam do domu, skierowałam się od razu do swojej sypialni. Byłam zbyt przybita. Chciałam ochłonąć, a potem skupić się na ratowaniu Charliego. 
  Położyłam się na łóżku i wcisnęłam twarz w poduszki. Nie chciałam słyszeć deszczu, uderzającego o parapet. Cała sytuacja wydawała mi się zbyt surrealistyczna.
   Chwilę później ktoś usiadł na moim łóżku. Nie odrywałam twarzy od materiału, ale wiedziałam, że to Lie. Pogłaskała mnie pokrzepiająco po plecach.
  - Co się stało? - spytała cicho.
  Zdołałam dźwignąć się do pozycji siedzącej.
  - Powiedziałam Tomowi, żeby o mnie zapomniał.
  Przyjaciółka westchnęła cicho. 
  - Och, Tori. Dlaczego?
  - Ponieważ mi na nim zależy - przyznałam w końcu. - Wprowadził w moje życie zbyt wiele uśmiechu. Zbyt wiele nadziei, która w końcu mnie zniszczy. Nie potrafię nienawidzić i kochać jednocześnie, Lie - głos mi się załamał.  
   Wiedziałam, że kiedy jutro otworzę oczy, będę musiała zacząć swoją rutynę. Póki co położyłam głowę na kolanach Lie, a ona zaczęła rozczesywać moje włosy palcami. Jeśli człowiek nie płacze przez tyle lat, kiedyś łzy znajdują wyjście. Przy przyjaciółce mogłam wypłakać całą swoją złość, frustrację i smutek. Byłam jej wdzięczna, że nie zadaje pytań ani nie stara się nakłonić mnie do zmiany zdania.
  I tak czułam się jak pieprzona egoistka.



***

*LIE*

  Powoli otworzyłam oczy, widząc niewyraźny obraz ściany. Ponownie zamknęłam powieki, by po paru sekundach znów je otworzyć. Dźwignęłam się szybko, poprawnie siadając na krześle. Zasnęłam z głową na klawiaturze co było już moim fizycznym dnem. 
  Minął dziś trzeci dzień odkąd wiemy, jak uratować Charlesa. Dokładnie siedemdziesiąt cztery godziny. W tym spałam zaledwie czternaście i zdążyłam wypić siedem kaw. Nie musiałam nawet stanąć przed lustrem, by wiedzieć, że mam przekrwione oczy. Byłam prawdziwym wcieleniem zombie. 
  Udało się - moja praca została zakończona, jutro wcielamy kolejny punkt z planu w życie. 
  Byłam dalej nieprzytomna kiedy dopiero po jakimś czasie zorientowałam się, że dzwoniący telefon znajduje się na podłodze - najprawdopodobniej niechcący go zrzuciłam. Nie zdziwiłam się gdy zobaczyłam numer Dylana, w sumie ostatnio tylko po to był mi potrzebny telefon. 
  -Wpadniesz dzisiaj? - zapytał, kiedy tylko odebrałam. 
  Wygrzebałam z szuflady biurka kopertę i włożyłam do środka dokumenty nowego Charlesa. Wykonałam swoje zadanie, a najważniejszy punkt jutro więc powinnam choć się rozluźnić. 
  - Jasne, będę po szesnastej - odpowiedziałam. Wiedziałam, że jeszcze przed spotkaniem z przyjacielem muszę przedstawić plan ojcu Tori. Zamieniłam z Dylanem parę zdań, po czym rozłączyliśmy się. 
  Od czasu kiedy straciłam przytomność i obudziłam się w ramionach Dylana , ten zaczął się o mnie martwić oraz dzwonić codziennie, upewniając się, że nic mi nie jest. 
  Odłożyłam na biurko drugą białą kopertę. 
 Już czas odpocząć. 
*** 

  Przed piętnastą pojawił się u nas Marcus - ojciec Tori - więc przedstawiłam mu szybko jego zadanie oraz dałam słuchawkę i mikrofon, dzięki którym od razu połączy się z nami. Jednak pomimo że przyjaciółka mu zaufała, miałam mieszane uczucia. Chociaż my również się zmieniłyśmy - byłyśmy przestępcami. 
*** 
  Po dwudziestu minutach - idąc pieszo z chęci zażycia świeżego powietrza oraz słońca i ciepłego wiatru - stałam już pod drzwiami Dylana. Nie czekałam zbyt długo zanim otworzył i powitał mnie przyjacielskim uściskiem, jakbyśmy się dawno nie widzieli. 
  - Znalazłem parę filmów, które możemy obejrzeć - odparł, prowadząc mnie do salonu. Zerknęłam na cztery okładki płyt - dramat, horror, komedia oraz film akcji. Wybrałam film z okładką, na której znajdował się krwawy nóż - horror.
   Dylan spojrzał przez moje ramię, sprawdzając co wybrałam, po czym zaśmiał się i zabrał mi płytę. Zapewne myślał, że będę się bać, ale nie dam mu tej satysfakcji. Rozcięte ciała nie będą stanowiły dla mnie zaskoczenia. 
  Zasłoniliśmy okna i rozłożyliśmy koc na ziemi. Ułożyliśmy na nim dużo poduszek, by wygodnie nam się leżało. Popcorn położyliśmy pomiędzy sobą, by każdy mógł spokojnie sięgnąć. 
  - Jesteś gotowa? - zapytał, włączając film. 
 - Jak najbardziej - odparłam hardo Wzięłam garść prażonej kukurydzy i wlepiłam wzrok w ekran. Czułam jak przyjaciel co parę minut patrzy na mnie, wyczekując aż wymięknę. Widząc jak spogląda na mnie co chwilę, zaśmiałam się szczerze. -Zapomnij, nie boję się -szepnęłam w jego stronę. 
  - Niech ci będzie - wywrócił oczami, niezbyt przekonany. 
  W pokoju było ciemno, więc czuliśmy się jak na sali kinowej. Zaczęliśmy komentować film oraz bohaterów, na razie nie działo się w nim nic ciekawego. Przerwałam komentowanie i skupiłam się na filmie - w końcu akcja. 
  Główna bohaterka szła wolno w stronę namiotu gdzie spędziła noc. Już miałam powiedzieć, że to typowe zachowanie w horrorach - zamiast uciekać sprawdzają przyczynę hałasu - kiedy na całym ekranie pojawiła się znienacka zakrwawiona twarz klauna. Krzyknęłam głośno i niechcący uderzyłam w misę z popcornem, wysypując zawartość na koc. 
  - Cholera to klaun! - krzyknęłam roztrzęsiona, a moje serce biło o wiele szybciej niż normalnie. 
  - Boisz się klaunów? - zapytał, spoglądając na mnie. 
 - Klauny to potworne istoty. Za tym czerwonym nosem i wymalowanym uśmiechem kryje się mroczne wnętrze - zaczęłam mu tłumaczyć prawdę o klaunach. - Dlatego boję się ich i byłam tylko raz w cyrku, co skończyło się płaczem. - Przyznałam się do swojego słabego punktu. 
  Czekałam, aż zacznie się śmiać z mojego błahego lęku, ale on jedynie przysunął się do mnie i objął. Film przedstawiał klauna, który próbował się zemścić. Oglądałam go, nie bojąc się, jedynie dlatego, że Dylan mnie rozśmieszał. Zamiast trząść się ze strachu, płakałam ze śmiechu i cierpiałam na ból brzucha z powodu ciągłego chichotu. Z horroru powstała dobra komedia.
  Położyłam głowę na jego ramieniu i nie doczekałam nawet końca filmu ponieważ po prostu zasnęłam.


sobota, 8 sierpnia 2015

Rozdział 15


"I can’t save us, my Atlantis, we fall
We built this town on shaky ground
I can’t save us, my Atlantis, oh no
We built it up to pull it down"

*TORI*

  
  Podniosłam duży odłam lustra. W siateczce pęknięć odbiła się moja blada twarz okolona ciemnymi włosami, tworząc kontrast godny ducha. Wrzuciłam szybę do kosza z cichym westchnieniem.
 Obok mnie stanął Tom z szufelką w ręce. Wyrzucił resztę szkła do kosza, po czym otrzepał ręce. 
  Rozejrzałam się po pomieszczeniu. Gdyby nie parę brakujących elementów, nikt nie zauważyłby, że coś tu zaszło. 
   Posłałam mu blady uśmiech.
  - Chyba skończyliśmy.
 Pokiwał głową, odkładając szufelkę na bok. Wydawał się nieobecny i zmartwiony. Na ten widok moje serce pękało, ponieważ doskonale wiedziałam, że to przeze mnie taki był.
   Podeszłam do niego i niepewnie chwyciłam za rękę.
  - Hej, już wszystko w porządku - zapewniłam go cicho, patrząc na nasze złączone dłonie. - Nic nam nie jest.
   W końcu spojrzał mi w oczy. Drugą, wolną rękę przybliżył mi do policzka i musnął go delikatnie kciukiem. Wtuliłam się w niego, zamykając oczy i pozwalając sobie na odrobinę wytchnienia. Uznałam, że w pełni mi się należało.
  - Po prostu cholernie się martwiłem - przerwał ciszę. 
 - Jeśli zaczniesz robić mi wykład na temat bezpieczeństwa, przyrzekam, że osobiście cię wykastruję - ostrzegłam go.
  Pocałował mnie ze śmiechem w czubek głowy. 
  Jednak czułam, że muszę coś powiedzieć. Coś wyjaśnić, dodać, cokolwiek. Zasługiwał na to. Odsunęłam się nieco, wciąż nie puszczając jego dłoni. Była moim punktem oparcia, jedyną słuszną granicą jeśli chodziło o nas.
  - Nie, naprawdę, Tom. Potrafię o siebie zadbać.
  - Nie wątpię w to - wywrócił oczami.
  Cofnęłam się krok do tyłu, zaborczo krzyżując ręce na piersi.
  - Uważasz, że nie dałabym sobie rady? - spytałam prowokująco. - Ponieważ jestem dziewczyną?
  - Boże, Tori - chwycił mnie za nadgarstki, ale wywinęłam ręce tak, że zwolnił uchwyt. Uśmiechnął się drapieżnie. 
  Bez ostrzeżenia wykonałam pół-obrót i kopnięciem w bok przewróciłam go na ziemię. Tomowi jakoś udało się zablokować upadek na rękach. Uniosłam pięści w bokserskiej pozycji i zatrzymałam się nad przyjacielem.
  - Walcz. - Rozkazałam z uśmiechem.
  Tom skoczył na równe nogi. Zaczęliśmy uderzać tak, żeby nie zrobić sobie krzywdy. Byłam szczerze zaskoczona jego umiejętnościami. Ja trenowałam latami, szkoliłam się u Charlesa - jednego z lepszych zabójców w Stanach. A nagle pojawia się on i blokuje wszystkie moje ciosy.
  Złapał mnie za ręce i obrócił plecami do siebie. Połaskotał mnie, na co zareagowałam śmiechem. 
  - Tak nie wolno! - zaprotestowałam, czując jak łzy ciekną mi po policzkach. Dawno nie śmiałam się tak szczerze.
  - Oczywiście, że wolno. Lekcja pierwsza, kotku - wyszeptał przy moim uchu niskim głosem, specjalnie podkreślając ostatnie słowo. Dobrze wiedział, że nie dam się tak nazywać. - Wszystkie chwyty dozwolone.
  Ach tak?
 Nadepnęłam mu na stopę, a łokciem uderzyłam w bok. Nie byłam aż tak wredna i nie zadałam mu ciosu poniżej pasa, ale po raz kolejny posłałam go na podłogę; wylądował na plecach. Język świerzbił mnie od ciętej riposty, lecz nie zdążyłam nawet otworzyć ust, ponieważ podciął mnie i upadłam na niego. 
  - Nie żebym miał coś przeciwko takiej pozycji - zaczął zmysłowo. - Ale...
  Przeturlał się tak, że teraz to ja leżałam na plecach. Zabrakło mi chwilowo tchu. 
  Zacisnęłam szczęki, złą na siebie za to, że zdołał mnie tak zaskoczyć. Oparł ręce po obu stronach mojej głowy i nachylił się, niebezpiecznie blisko. Tym razem brak powietrza wcale nie był spowodowany siłą upadku. Nie podobała mi się ta utrata kontroli nad sobą, a równocześnie coś nie pozwalało mi przestać. 
  Wzrok Toma błądził po mojej twarzy podczas gdy na jego ustach tańczył uśmiech. Mogło mi się zdawać, ale w jego oczach chyba dostrzegłam iskierki.
  Gdy poczułam jego miękkie wargi na policzku, zamknęłam oczy. Nie chciałam tak na niego reagować. Nie powinnam tak reagować. Byłam Tori, do cholery - niezależną od nikogo, samowystarczalną zabójczynią, która potrafiła bez wahania pociągnąć za spust. Więc dlaczego kiedy on był w pobliżu, zapominałam o tym wszystkim?
  Zaczął zsuwać się ustami po linii mojej szczęki. Drażnił się ze mną. Poddałam się jednak temu dotykowi.
  Kiedy pocałował mnie w kącik ust, po prostu spanikowałam. Jego wargi zostały tam nieco dłużej niż powinny. Czułam, że zaraz mogę zrobić coś głupiego.
 Ale nie mogłam go do siebie dopuścić. Stałabym się słaba i oddałabym mu kawałek swojego zszarganego serca, a nie miałam go już zbyt wiele.
  Korzystając z jego nieuwagi, zrzuciłam go z siebie. Dźwignęłam się szybko, a zaskoczonego Toma przygwoździłam nogą do ziemi. Uśmiechałam się, chcąc obrócić to wszystko w żart, ale dusza pozostawała zraniona i jakby zrobiła się bardziej czarna.
  - Lekcja druga - powiedziałam chłodno. - Nie bądź pewny zwycięstwa, jeśli przeciwnik nie jest martwy, kotku.
  

  

*LIE*

  Kiedy wyjrzałam zza notatek był już ranek, a dokładnie szósta czterdzieści jeden. Wzięłam ostatni łyk kawy i spojrzałam na swoją pracę. Byłam z niej bardzo zadowolona. 
  Wstałam szybko z krzesła, rozciągając się przy tym. Zabrałam notatnik i ruszyłam w stronę pokoju Tori. Weszłam bez pukania wiedząc, że i tak go nie usłyszy. 
  - Tori! - krzyknęłam, a przyjaciółka podskoczyła wystraszona. - Kuchnia, za pięć minut. No już! - Pomachałam ręką przed jej twarzą, widząc, że dalej ma nieobecny wzrok. - Wstawaj, to ważne.
  Gdy już się obudziła, wyszłam z jej pokoju i zabrałam ze swojego jeszcze mapę. Zeszłam do kuchni gdzie nalałam kubek kawy dla Tori i również dla siebie, trzeci. Czułam się pobudzona, co pozwalało bardziej mi się skupić na wszystkich szczegółach planu. 
  Po dwóch minutach w końcu pojawiła się przyjaciółka. Od razu podsunęłam jej pod nos kubek z kofeiną i usiadłam na przeciwko niej. 
  - Wczoraj, kiedy Dylan i Tom wyszli, zaczęłam planować - wyciągnęłam notatki, które zawierały moje różne skróty. Niektóre rzeczy były poskreślane kilkakrotnie. -Dziś spotykasz się z ojcem, bardzo dobrze. Upewnisz się czy czasem Roy go nie podsłuchuje, a kiedy będziesz mogła stwierdzić, że możemy mu zaufać… - przerwałam, by zrobić łyk kawy - wciągniemy go w plan. - Ponowny łyk. Odruchowo się skrzywiłam, kiedy zorientowałam się, że nie posłodziłam. Wstałam i podeszłam do szafki po cukierniczkę. 
  - Lie, jaki plan? - zapytała przyjaciółka. 
  Jedna łyżeczka, druga… 
  - Plan uratowania Charlesa. Siedziałam nad nim od nocy i dopiero skończyłam - odparłam zadowolona. Cholera, skończyłam na piątej łyżeczce cukru.
  Wzruszyłam ramionami i wzięłam łyk, teraz zbyt słodkiego, napoju życia. 
  - Więc ja wyrobię nowe dokumenty dla Charlesa i jego żony. Ty niby zabijesz go tym ciosem, którego cię nauczył...Ale po kolei.
  Odetchnęłam głośno i rozciągnęłam mapę na stole. Pokazałam pierwszy zaznaczony punkt.
  - Tu mieszka Charles - kolejny mały punkcik - tu znajduje się szkoła, w której pracuje. Pomiędzy tą drogą go ogłuszysz. Od Los Angeles jedzie się półtorej godziny. Ty, jadąc sto osiemdziesiąt, będziesz w pół godziny. - Spojrzałam na przyjaciółkę, sprawdzając czy wszystko rozumie o tak wczesnej porze. - Oczywiście namierzę go więc bez problemu go złapiesz, a ja w tym samym czasie zajmę się jego żoną. Jest w ciąży, więc to trochę zajmie. Nie chcę jej wystraszyć i być głównym powodem jej poronienia - wyobraziłam sobie Charlesa obwiniającego mnie o śmierć swojego pierwszego dziecka. 
  - A co z moim ojcem? - Odezwała się Tori, przerywając mi. 
  Spojrzałam na notatki. 
  - On zawiezie ich na lotnisko, gdzie opuszczą Californię i wyjadą na Florydę -przedstawiłam jej resztę planu i poczekałam, aż wszystko przetrawi. -I jeśli twój tata w to wchodzi, ma tu przyjść i wszystko mu przedstawimy. 
  Ponowny łyk kawy. Chyba dzisiaj nie zasnę. 
 Po chwilowej ciszy, Tori się w końcu odezwała:
 -Jesteś geniuszem - odparła, śmiejąc się i przeglądając notatki. 
  Również się zaśmiałam; zabrałam kubek i wstałam od stołu. 
  - Idę robić to co wychodzi mi najlepiej - hakować - Wykonałam okrzyk radości jak z filmów i udałam się do swojego pokoju. Miałam dziś dużo pracy - wykonanie nowego ID, paszportu i innych ważnych dokumentów. Nie czekając ani chwili dłużej, zabrałam się do pracy.


------------------------------------------------------------------------------------
Tak prezentuje się rozdział piętnasty. Z każdym dniem uświadamiamy sobie jak ważny jest dla nas ten blog i Wy, jako nasi czytelnicy. Chcemy tylko powiedzieć: dziękujemy ^^
  ~Autorki

sobota, 1 sierpnia 2015

Rozdział 14


"There's nothing I can see,
Darkness becomes me."

*TORI*

 Wpatrywałam się z niedowierzaniem w twarz tatę, ubranego w zdradziecki mundur. Przez chwilę zapomniałam jak się oddycha. Po prostu wstrzymałam oddech, a jeśli tylko bym mogła, zatrzymałabym również serce, by nie czuć takich potwornych uczuć.
  - Alex - głos taty przywrócił mnie do rzeczywistości. Był tak realny. Każda litera tworząca moje prawdziwe imię wydawała się zbyt prawdziwa jak na halucynację. 
  Lie patrzyła przerażona to na mnie, to na ojca, nie za bardzo wiedząc co się dzieje. Powoli zaczynało coś do niej docierać, ale zrozumiałam, że dostała o wiele większą dawkę niż ja. Musiałam się otrząsnąć. 
  Jednak to było zupełnie tak, jakbym zobaczyła ducha. Przez sześć lat nie było przy mnie człowieka, którego potrzebowałam wtedy najbardziej. A teraz stał przede mną, po drugiej stronie krat, nosząc mundur mojego wroga.
 Tata też jakby się ocucił, ponieważ zaczął szukać czegoś po kieszeniach. W końcu wyciągnął pęk kluczy. Podszedł do krat i zręcznie je otworzył, choć ręce mu się przy tym trzęsły.
  Wyszłam sztywno. Nogi miałam jak z waty i jedyne co trzymało mnie przy zdrowych zmysłach, to świadomość, że Lie potrzebuje natychmiastowej pomocy. Ponad to nie bardzo wiedziałam jak się zachować. W mojej głowie walczyły ze sobą dwie sprzeczności - mała córeczka tatusia oraz dorosła Tori.
  - Alex - powtórzył głośniej mój tata. Miał łzy w oczach; dopiero teraz zauważyłam, że trzyma wyciągnięte w moją stronę ręce. Jednak ja byłam zbyt przerażona, by go przytulić. Ostatecznie Tori wygrała.
  - Nie jestem Alex - odparłam gorzko. Przełknęłam gulę w gardle, która blokowała moje struny głosowe. Zadarłam głowę do góry, zaciskając przy tym usta. Otarłam szybko łzy wierzchem dłoni. Musiałam myśleć o Lie.
  Wyprowadziłam ostrożnie przyjaciółkę zza krat. Kiedy położyłam jej rękę na plecach, syknęła z bólu. Z przerażeniem uświadomiłam sobie, że jej koszulka była cała we krwi. Nie rozumiałam co się stało, ale natychmiast cofnęłam dłoń, nie chcąc sprawić jej więcej bólu. 
  - Córeczko, jeśli jest coś co mogę... - zaczął znów.
  - Możesz odsunąć się od drzwi, tato. Muszę zabrać ją do domu - przerwałam mu.
  Pokiwał powoli głową. Odwrócił się na chwilę i zaczął skrobać coś na kartce. Podał mi ją, kiedy już trzymałam dłoń na klamce.
  - Po prostu przyjdź tam jutro, dobrze? - powiedział łamiącym się głosem. Skinęłam, przyjmując wiadomość. Schowałam ją natychmiast do kieszeni, bez czytania. Tacie widocznie ulżyło. - Daj mi chwilę, na zewnątrz stoją inni.
  Po czym wyszedł; po chwili usłyszałam szamotaninę, która jednak nie trwała zbyt długo. Wyszłam razem z Lie już po minucie. Tata wręczył mi kluczyki i wskazał samochód na drugim końcu chodnika. Podziękowałam mu, czując, że jeśli natychmiast stamtąd nie pójdziemy, chyba się rozpłaczę.

***
  Kiedy weszłyśmy do domu, przeżyłam wstrząs.
  Meble były poprzewracane, na zasłonach widniały dziury zrobione nożem, okna zostały wybite. Wszystko wyglądało jak po przejściu tornada. Jednak najbardziej zszokował mnie widok Toma i Dylana pośrodku tego wszystkiego. Latarkami oświetlali pomieszczenie.
  - Co wy tutaj robicie? - spytałam w końcu.
  Chłopcy odwrócili się natychmiast w tym samym czasie. Podbiegli do nas szybko, widząc, że wciąż pomagam stać na wpół-przytomnej Lie. Bardzo ostrożnie przejęli ją ode mnie, po czym położyli na kanapie, na boku. Dylan wyglądał na przerażonego. Wziął przyjaciółkę za rękę i wyglądał, jakby miał jej nigdy nie puścić.
  Byłam wyczerpana. Padałam z nóg, miałam mętlik w głowie. Tom mocno przytulił mnie do siebie, więc odpowiedziałam tym samym. Nie żądał wyjaśnień, za co byłam mu dozgonnie wdzięczna. Jeszcze nigdy nie cieszyłam się tak bardzo z powodu jego obecności.
  - Bałem się o ciebie - szepnął w moje włosy.
  Poczułam piekące łzy w oczach. Ostatnio zbyt często chciało mi się płakać, niedobrze.
  Nie odpowiedziałam, po prostu przytuliłam go mocniej.
***
  Wyszłam na zewnątrz. Potrzebowałam świeżego powietrza, by zacząć trzeźwo myśleć.
  Nie mogłam zawieźć Lie do szpitala, ponieważ zażądaliby badań. Wtedy wykryli by substancję, którą wstrzyknął jej Roy. Czułam się bezradna oraz bezużyteczna - nie potrafiłam jej pomóc.
  Dopiero teraz zauważyłam, że ktoś znajdował się na werandzie. W ciemności widniał jasny punkcik zapalonego papierosa. Dylan siedział przygarbiony na schodku, wypuszczając co chwilę z ust obłok dymu. Zastanawiałam się czy sobie pójść. Jednak przypomniałam sobie to, jak patrzył na Lie i pomyślałam, że tak nie patrzy zły człowiek.
  Przysiadłam się bez słowa. Nie przeszkadzało mi milczenie, więc postanowiłam go nie przerywać. W końcu zrobił to Dylan:
  - Tom bardzo się o ciebie martwił, wiesz? - zaciągnął się znowu.
  - Nie chcę rozmawiać o tym, co się stało - odparłam gorzko. Wciąż nie mogłam pozbierać się po powrocie taty.
  - Nie musisz. Po prostu widzę, że mu na tobie zależy.
  Spojrzałam na niego zmrożonymi oczami. Lecz wydawało się, że chłopak mówił prawdę.
  - A tobie zależy na Lie - powiedziałam.
  Na chwilę znów zapadła cisza. Wpatrywał się w swoje dłonie. W końcu rzucił papierosa pod nogi i zdeptał go szybko. Wyciągnął za to drugiego. Brzydziłam się tytoniem, ale potrzebowałam odreagować; a jeśli niektórym to pomagało, może mi też. Wyjęłam papierosa oraz zapalniczkę z dłoni Dylana i sama zapaliłam, chcąc mieć to już wszystko za sobą. Zaciągnęłam się i zakasłałam, kiedy dym podrażnił krtań, a następnie dotarł do płuc. Chłopak zaśmiał się serdecznie.
  - Nigdy nie paliłaś? - spytał, wciąż się naśmiewając.
  Skrzywiłam się, wciąż krztusząc.
  - Cholera, to nie dla mnie.
  Rzuciłam to świństwo na ziemię i zdeptałam jak Dylan przed chwilą. Chłopak wyciągnął paczkę, ale wyjęłam mu ją stanowczo, po czym rzuciłam w krzaki. Jęknął żałośnie. 
  - Jeśli mamy być kumplami od milczenia, nie możesz palić. - Oświadczyłam stanowczo. - Dostaniesz raka płuc i umrzesz zbyt szybko, a wtedy z kim będę siedzieć na werandzie w środku nocy?
  Spojrzał na mnie sceptycznie, ale nic nie powiedział. Wstał z teatralnym westchnieniem, patrząc po raz ostatni na miejsce, gdzie zniknęło jego uzależnienie.
 - Okay. - Zgodził się ze smutnym uśmiechem.
  Również się uśmiechnęłam. Pomyślałam, że może nawiązaliśmy nić porozumienia - mnie zależało na jego przyjacielu, tak samo jak jemu na Lie. Od teraz będziemy spędzać we czwórkę dużo czasu, więc jak najbardziej mogłam spróbować się z nim zaprzyjaźnić.
  Wróciliśmy do środka, trochę mniej przygnębieni niż przed chwilą.


***

*LIE*

  Ocknęłam się leżąc na kanapie. Mogłam uznać, że to był kolejny koszmar, który od jakiegoś czasu nie dawał mi spokojne zasnąć, gdyby nie to, że mieszkanie było w rozsypce, a koszulka poplamiona krwią. 
  Czułam się już lepiej niż parę godzin temu, więc pozwoliłam sobie wstać. Przed oczami pojawiły się chwilowe mroczki, lecz już po chwili widziałam obraz nędznego salonu. Idąc wolno, udałam się do łazienki. Zaczęłam szukać po szafkach opatrunku oraz aspiryn. Wysypałam na trzęsącą się dłoń trzy białe tabletki i połknęłam je, popijając wodą z kranu. 
  Spojrzałam na swoje odbicie, a raczej tego, co ze mnie zostało. Miałam ochotę udusić Roya, a potem podłożyć jeden z moich granatów, by jego ciało wybuchło...Potrząsnęłam głową. Nie mogłam uwierzyć, że mam tak okropne myśli. 
  Weszłam pod prysznic, a ciepłe stróżki wody spływały po moim ciele. Zaczęłam znów myśleć racjonalnie. Powinnyśmy jak najszybciej wymyślić jakiś sposób na uratowanie Charlesa, nie podpadając Royowi. Mieliśmy coraz mniej czasu. Kolejną sprawą jest ojciec Tori, który, z tego co wiem, spłonął tak jak moja rodzina. 
  Wyszłam z kabiny, chcąc odsunąć od siebie wspomnienia. Na całe szczęście żaden odłamek szkła nie wbił się w skórę, ale większość pleców była pokaleczona krótkimi jak i długimi cięciami. Zaczęłam owijać wokół siebie bandaż, chcąc ukryć i zabezpieczyć rany przed infekcją. Już po chwili dostrzegłam na białym materiale kropki krwi. Ubrałam szybko za duży czarny t-shirt i wyszłam z łazienki. 
  Udałam się prosto do swojego pokoju. Mocna dawka aspiryny zaczęła działać, więc podparłam się ręką o ścianę, biorąc głęboki wdech. Całą swoją uwagę skupiałam na oddychaniu - wdech i wydech, powtarzałam za każdym razem. Znów czułam się jak parę godzin temu - okno oraz łóżko zaczęły wolno się kręcić. Gdzie nie spojrzałam, coś się poruszało. 
  Nogi zmieniły się w galaretę, a serce zaczęło bić szybciej. Osunęłam się na podłogę i oparłam o zimną ścianę. Zamknęłam oczy, nie chcąc widzieć kręcącego się pokoju, jednak to w żadnym przypadku nie polepszyło mojego stanu. Mogłam powiedzieć, że się pogorszyło. 
  Poczułam uderzenie gorąca. 
  Jeśli przez to świństwo właśnie umieram, to proszę - niech to się już skończy.    Wyobrażałam sobie inaczej swoją śmierć. 
  Usłyszałam jak drzwi z pokoju lekko się uchyliły. Ledwie widząc, zauważyłam Dylana szukającego mnie wzrokiem. Wszystko zostało pochłonięte przez ciemność, ale ja byłam tutaj dalej. Czułam jak ktoś mnie niesie, a może ponownie porywa, nie obchodziło mnie to już. Czyjeś słowa, których nie potrafiłam zrozumieć. 
  Czy tak wygląda niebo lub piekło? Mam nadzieję, że nie. 
 Otworzyłam gwałtownie oczy i nabrałam powietrza. Osobą, która przedtem mnie niosła, był Dylan, teraz cały mokry tak samo jak ja. Trzymał mnie mnie mocno, ale jednak uważał na rany. Rozejrzałam się dookoła. Stał w kabinie prysznicowej, a ja znajdowałam się w jego ramionach. 
  - Jezu, dzięki Bogu - wyszeptał, wyłączając wodę. Wyszedł z kabiny i powoli postawił mnie na nogach, by porwać z wieszaka ręcznik. Zaczął ostrożnie wycierać ze mnie wodę, zaczynając od twarzy, włosów, potem reszty ciała. Powinnam się przebrać, gdyż ubrania przylepiły się do mnie, ukazując moje kobiece kształty. Jednak widok Dylana z mokrymi roztrzepanymi włosami i koszulką - również mokrą - nie był zły. 
  - Czujesz się już lepiej? - zapytał roztrzęsiony. - Straciłaś przytomność, a wyglądałaś jakbyś… umarła. Cholera, proszę, nie strasz mnie już więcej - spojrzał mi chwilę w oczy, po czym wrócił do osuszania mnie ręcznikiem. 
  Przez chwilę również wydawało mi się, że to właśnie mój koniec - mój nędzny, nędzny koniec. 
  - Dziękuję - wyszeptałam, a potem objęłam go, wtulając głowę w jego ramię Poczułam dobrze mi znane szczypanie w oczach, a później łzy. Zaczął mnie uspokajać, kołysząc delikatnie na boki oraz robiąc kółeczka kciukiem na mojej szyi. Byłam szczęśliwa, że był przy mnie 

*** 

  Przebrałam się w suche rzeczy i posłusznie usiadłam na łóżku okryta kocem. 
  - Idę coś przynieść do picia, a ty się nie ruszaj - zagroził palcem, wypowiadając ostatnie słowa. Minimalnie się uśmiechnęłam. Jednak powieki zaczęły mi coraz bardziej ciążyć. Zamknęłam oczy, kładąc się i pogrążyłam się w śnie. 

***

  Kiedy się przebudziłam Dylan siedział na podłodze, oparty o łóżko i czytał książkę z mojej niewielkiej biblioteczki. Miałam ochotę coś powiedzieć, ale znów zostałam pochłonięta snem. 
***

  Tym razem obudziłam się na dobre. Było już ciemno, a Dylan zasnął z książką obok siebie. Jednak już wiedziałam, wiedziałam jak uratować Charlesa.