sobota, 17 października 2015

Rozdział 19

Locked out of Heaven

*TORI*


6 tygodni później

  Siedziałam właśnie w klubie, bawiąc się parasolką w swoim niebieskim drinku. Otaczały mnie tłumy. Nie lubiłam ludzi. Nie lubiłam kiedy ocierali się do mnie lub starali się zaprzyjaźnić. Jednak klub był jedynym miejscem, w którym potrafiłam to znieść. To przez atmosferę, przesyconą ludźmi podobnymi do mnie, a przynajmniej po części. Byli tu imprezowicze, alkoholicy, pragnący zapić swoje smutki i tacy jak ja - aspołeczni, anonimowi, ale próbujący wyrwać się z czterech ścian.
  Zazwyczaj przychodziłam w takie miejsca z Lie. Potrafiłyśmy znaleźć swoje miejsce na parkiecie, w między czasie upijając się kolorowym alkoholem. Dzisiaj postanowiłam wyjść sama.
  Pozbyłam się gipsu, nie miałam już śladów ran na ciele. Jedynie parę prawie niewidzialnych blizn w niewidocznych miejscach. Od tego czasu nie dostawałyśmy nawet wiadomości od Roy'a. Bardzo dobrze. Jeśli teraz by się pojawił, zastrzeliłabym go bez wahania. Wciąż nie rozumiałam jego motywów - byłam mu potrzebna do zabicia pozostałych siedmiu osób. Ale odkąd tylko wybudziłam się ze śpiączki, moje myśli krążyły wokół wymyślnych sposobów załatwienia tego parszywego szczura.
  Muzyka grała głośno. Kilku mężczyzn próbowało postawić mi drinki, lecz zbywałam ich swoim milczeniem. Wpadałam w apatię. Wpatrywałam się w jeden punkt na ladzie, nawet nie upijając alkoholu.
  W pewnym momencie przez hałas przebił się dźwięczny, irytujący śmiech. Spojrzałam w tamtym kierunku. Nie mogłam powiedzieć, że byłam zaskoczona widokiem Dylana tutaj. Ani pół nagiej kobiety siedzącej mu na kolanach.
  Przewróciłam oczami i wróciłam do swojego monotonnego zajęcia. Kątem oka widziałam, jak dziewczyna obcałowuje twarz chłopaka i zrobiło mi się niedobrze. Przede wszystkim byłam zła na Dylana. Nie byłam ślepa, dobrze widziałam co działo się między nim, a Lie. 
  Kolejny urywany śmiech. Fałszywy aż bolało. Podniosłam się z miejsca i podeszłam do obściskującej się pary. Pociągnęłam dziewczynę za ramię, odciągając ją od Dylana. Krzyknęła oburzona; naprawdę nie miałam na to humoru. Pokazałam za siebie.
  - Spierdalaj. - Poleciłam krótko.
  Dylan wyglądał na zdezorientowanego. Był już mocno wstawiony. Poprawił wymiętą koszulkę i uśmiechnął się pijacko.
  - Hej, Tori.
  Również się uśmiechnęłam. Cierpko i nieprzyjemnie, ale wątpiłam, że chłopak załapał aluzję. Próbował wstać, lecz natychmiast posadziłam go z powrotem.
  I spoliczkowałam go.
  Otrząsnął się, przytrzymując za obolałe miejsce.
  - Co do cholery - wymamrotał.
  Spoliczkowałam go ponownie, z drugiej strony.
  - Nie będę patrzeć jak zabawiasz się z tymi dziwkami - oświadczyłam stanowczo. - Nie wyglądasz na głupiego, Dylan. Błagam, patrzysz na Lie jakbyś chciał zapłodnić ją samym wzrokiem - dodałam, wywracając oczami. - Znam ją od dziecka, ale przy tobie zachowuje się całkiem inaczej. Więc weź się w garść. Weźcie się w garść oboje, albo do końca życia będę robić jako swatka.
  Chłopak otwarł szerzej oczy, jakby coś sobie uświadomił. Wstał powoli, przytrzymując się lady.
  - Tak, masz rację - wybełkotał. Położył banknot przed sobą, płacąc za drinki. Zatoczył się, więc podtrzymałam go i nieco ugięłam się pod jego ciężarem. Stęknęłam, ale dzielnie poprowadziłam go w stronę wyjścia. - Muszę jej wszystko powiedzieć, Tori. Nie ma czasu do stracenia...
  Jedną ręką wyjęłam telefon, by wezwać taksówkę.
  - Owszem, musisz. Ale nie w tym stanie - odparłam, wystukując odpowiedni numer. 
  Zachichotał cicho.
  - Znowu masz rację. Jedziemy do Lie?
  Ledwo powstrzymałam śmiech. Widok pijanego Dylana był przekomiczny. 
  - Tak, jedziemy do Lie. Dziób na kłódkę dopóki nie wytrzeźwiejesz.
***
  Rzuciłam Dylana na kanapę w salonie. Położyłam ręce na kolanach, czując jak łapie mnie kolka. Naprawdę wychodziłam z wprawy. Przez kolejne dwadzieścia minut starałam się skutecznie wybić mu papierosy z głowy, wciskając jego zapasy między wgłębienia fotela. Postawiłam przed nim szklankę wody i przykryłam go kocem. Już miałam odejść, ale pociągnął mnie za rękę jak małe dziecko.
  - Coś jeszcze? - zdziwiłam się.
  - Tom też bardzo cię lubi - oświadczył, już prawie zasypiając.
  Otwarłam usta, by coś powiedzieć, ale natychmiast je zamknęłam. 
  - Jesteś pijany - powiedziałam tylko i odwróciłam się. 
  Zaśmiał się, odrzucając nieco koc na bok. Odruchowo go poprawiłam.
  - Ale nie głupi. Chyba wszyscy zyskaliśmy przez te parę miesięcy kogoś ważnego. Niesamowity zbieg okoliczności, prawda?
  Przełknęłam gulę, która skutecznie uniemożliwiała mi mówienie. Tak, zyskałam kogoś bardzo ważnego. Zyskałam Toma, który chyba był kimś więcej niż przyjacielem. Zyskałam nawet Dylana jako brata, którego nigdy nie miałam. Mogłam mu zaufać, ponieważ widziałam jego uczucia do Lie. 
  Posłałam mu ciepły uśmiech, tym razem w stu procentach prawdziwy.
  - Tak - odpowiedziałam cicho. Trzasnęły drzwi wejściowe i w progu stanęła Lie. Otrząsnęłam się szybko ze wzruszenia. - Pij dużo wody - poleciłam mu jeszcze.
  Przyjaciółka wpatrywała się z niedowierzaniem w kanapę. Wskazała mi kuchnię i pomaszerowała sztywno w jej kierunku.
***
  - Co Dylan O'Brien robi na naszej kanapie o trzeciej nad ranem? 
  Lie widocznie nie była zbytnio zadowolona z faktu, że przywiozłam go tutaj. Stała przede mną z założonymi rękami, zaciskając zęby i co chwilę nerwowo zerkając w stronę salonu.
  - Jest pijany - odparłam.
  - I?
  - I jest naszym przyjacielem, więc powinnyśmy się nim zająć - dodałam hardo. - A mówiąc "my", mam na myśli ciebie.
  Kochałam Lie jak siostrę, była komputerowym geniuszem i najlepszym strategiem na świecie, ale musiałam przyznać, że jeśli chodziło o sprawy sercowe, potrafiła być po prostu ślepa. Od tej chwili zdecydowałam się porządnie zająć tą dwójką.
  Westchnęłam ciężko, ściskając nosa, by odgonić irytację.
  - Czy czeka nas rozmowa o kwiatkach, ptaszkach i pszczółkach? Bo chyba się do tego nie nadaję.
  Uderzyła mnie w ramię.
  - Tori! - Upomniała mnie.
  - Nie, posłuchaj - powiedziałam, całkiem na poważnie. - On szczerze cię lubi. Nie często to robię, ale dzisiaj zdążyłam się z nim zaprzyjaźnić...
  - Uderzyłaś go, Tori.
  -...I wyjaśniliśmy sobie parę rzeczy - kontynuowałam niezrażona jej krytyką moich metod zdobywania przyjaciół. - Nie jestem ekspertem jeśli chodzi o związki, jednak przemyślałam to wszystko. Chcę poukładać swoje życie, pogodzić się z Tomem i... - nie wierzyłam, że wymówiłam następne słowa: - Chyba powiem mu o wszystkim.
  Miałam na myśli dosłownie wszystko.
  Czym zajmowałam się od sześciu lat.
  Przyjaciółka wytrzeszczyła oczy. Wyciągnęłam ręce przed siebie w obrończym geście.
  - Wiem, potrzebuję twojej zgody. Nie zrobię tego bez ciebie - uspokoiłam ją. - Chodzi o to, że powinnaś dać Dylanowi drugą szansę. Zacznijcie chociaż normalnie rozmawiać. Chyba nie zniosę dłużej tego napięcia seksualnego między wami - udałam, że się krzywię.
  Lie zatkała sobie uszy jak małe dziecko i zaczęła nucić pod nosem. Posłałam jej poważne spojrzenie. Przyjaciółka wypuściła powietrze z sykiem.
  - Zgoda. - Oznajmiła w końcu. - Ale będziemy tylko przyjaciółmi. Nie licz na to, że coś z tego będzie  - ostrzegła.
  Uśmiechnęłam się pod nosem, kiedy poszła po aspirynę dla Dylana.
  - Śmierdzicie hormonami na kilometr! - Zawołałam za nią jeszcze, a w odpowiedzi dostałam wiązankę przekleństw. 
  Po chwili spoważniałam. Wszystko co powiedziałam było prawdą. Miałam zamiar powiedzieć Tomowi. Dylan uświadomił mi dzisiaj coś nieprawdopodobnie ważnego. Jeśli chciałam zakończyć to wszystko, jeśli chciałam mieć przyszłość, potrzebowałam całej tej czwórki przy sobie. Nienawidziłam siebie za przywiązywanie się do ludzi. To równało się z ich szybką śmiercią.
  Jednak ci chłopcy byli w rzeczywistości silniejsi niż na takich wyglądali.
  

*LIE*

  Do pokoju wpadły już promyki popołudniowego słońca, które zdołały się przedostać przez szpary w żaluzjach. Wolną ręką przeszukiwałam szafę, szukając koszulki. krople wody z mokrych włosów skapywały mi po plecach wywołując gęsią skórkę. 
  - Zgadza się, dzwonię w sprawie ogłoszenia - odparłam miło do słuchawki. -Tak, skończyłam studia na wydziale informatycznym -zerknęłam na sfałszowane dokumenty leżące na stole. Przynajmniej w jakiś sposób mogłam wykorzystać swoje zdolności do czynienia dobra. Zaśmiałam się w duchu, wyobrażając siebie na wydziale zwalczania cyberprzestępczości. Tak, to idealne miejsce dla hakera.   Oparłam się o szafę, rozczesując palcami włosy. Usłyszałam pukanie do drzwi.   
  - No, wchodź - powiedziałam. Do pokoju wszedł Dylan w wygniecionej koszulce oraz charakterystycznym nieładzie na głowie. -Nie, nie, to nie było do pani -wytłumaczyłam się szybko. 
  Chłopak zmierzył mnie wzrokiem. Widząc, że prowadzę rozmowę przez telefon podszedł do półki i zaczął oglądać pierwszą lepszą książkę. 
  -Tak, jutro mi pasuje - zgodziłam się na jutrzejsze spotkanie. Zauważyłam, że Dylan zerka na mnie znad książki. Wywróciłam oczami i porwałam poduszkę, po czym rzuciłam w jego stronę. Zrobił unik i zaśmiał się, odkładając książkę.
  - Dobry rzut - pochwalił. Parsknęłam śmiechem, lecz od razu spoważniałam, przypominając sobie, że prowadzę rozmowę z sekretarką. 
  - Dziękuję, do widzenia - rozłączyłam się i westchnęłam głośno. - Jutro mam spotkanie w sprawie pracy więc trzymaj za mnie kciuki - powiedziałam radośnie w jego stronę, ubierając koszulkę, którą w końcu znalazłam, oraz spodenki. 
  - Zapewne ją dostaniesz, wierzę w Ciebie - usiadł na łóżku. 
  Kiedy odwróciłam się w jego stronę jęknęłam, widząc, że coś go gnębi. 
  - Co jest? - Zapytałam, siadając obok. Otworzył usta, mając zamiar coś powiedzieć, ale za chwilę je zamknął szukając odpowiednich słów. O’Brien nie wie co powiedzieć, a to ci nowość- Możesz mi wszystko powiedzieć, po to tu jestem. - Zachęciłam go. 
  Przeczesał włosy jak zawsze kiedy się stresował. 
  - Wczoraj rozmawiałem z Tori… - zaczął. 
  - Ma dziwne taktyki zaprzyjaźniania się - przerwałam mu. 
  - Ale uświadomiła mi coś ważnego. Coś czego nie dostrzegałem przedtem. Lie...Cholera nie wiem jak to powiedzieć - spojrzał na mnie speszony. Złapałam go za rękę, próbując dodać mu otuchy. Kiwnęłam głową, by kontynuował. - Lie,
czuję coś do Ciebie. To cholernie dziwne uczucie, ale zakochałem się w tobie i wydaje mi się, że czujesz to samo - skończył na jednym wydechu. 
  Odsunęłam swoją rękę i wstałam z łóżka. Podeszłam do okna. Wiedziałam, że czeka teraz na moją odpowiedź. Tylko, że nie wiedziałam co powiedzieć. Moje związki trwały krótko, zazwyczaj trzy miesiące, a potem rozchodziliśmy się, zapominając o swoim istnieniu. Była to tylko zabawa. Moja miłość polegała na kłamstwach. Nie wiedział dlaczego znikam wieczorami, nie wiedział, że jestem przestępcą. Bywały chwile kiedy gubiłam się w swoich kłamstwach. Nie byłam gotowa, by powiedzieć Dylanowi prawdę, ale nie chciałam go również stracić. To nie był dobry czas na miłość i nic do niego nie czułam, tylko i wyłącznie przyjaźń. Chociaż czasem wątpiłam w swoje uczucia, coraz częściej nie rozumiałam siebie. 
  - Natalie… - nie zauważyłam nawet kiedy, a stał już obok mnie. Zrobiłam krok do tyłu, trzymając się na dystans. 
  -Przykro mi, ale nic do ciebie nie czuję - powiedziałam, próbując patrzeć mu w oczy. Widziałam jego zawód. Spuściłam wzrok, czując jak narasta coraz bardziej niezręczna cisza. Odeszłam od niego. Zaczęłam układać sterty papieru i przenosić je z miejsca na miejsce - musiałam czymś się zająć. 
  - Udowodnij. - Odwróciłam się, słysząc jego słowa. - Udowodnij mi, że nic do mnie nie czujesz, a wtedy ci uwierzę.
  Odłożyłam dokumenty na biurko i podeszłam szybkim krokiem do Dylana. Zrobiłam coś czego nie spodziewałam się po sobie. Pocałowałam go delikatnie, zaledwie muskając. Jego ręce znalazły się na mojej talii. Przyciągnął mnie do siebie. Moje ręce owinęły mu się na karku, a palce wplotły się w jego włosy. Niewinny pocałunek stawał się coraz bardziej namiętny. Poczułam dziwne
uczucie.
  Cholera, chyba jednak coś do niego czuję. 
  Nie, nie myśl tak.
 Odsunęłam się od niego, mrugając kilkakrotnie, oszołomiona. Próbowałam uspokoić oddech. Czułam, jak moje policzki pali rumieniec. 
  - Nic - odparłam, wzruszając ramionami i udając, że nic przed chwilą nie zaszło. 
  - Lie! Pizza przyjechała! - Usłyszałam głos Tori z dołu. Spojrzałam przelotnie na Dylana, który nadal stał zaskoczony. - Chodź, zanim wystygnie - dodałam, wciąż unikając kontaktu wzrokowego, i wyszłam z pokoju.
--------------------------------------------------------------------------
Tadaaaa! Powracamy w - mamy nadzieję - wielkim stylu! Ostatnio wiele się działo i chyba nie miałyśmy weny tego pisać. Ale teraz rozdziały będą pojawiać się już raczej regularnie :3
+
Blogi, które czytam, będę nadrabiać już po moim właściwym powrocie. Chciałabym się skupić na razie na konkursie. Z góry przepraszam ~ Tori
  

czwartek, 17 września 2015

Rozdział 18


"I heard about love but i'm not ready
I heard about trust and what You said I believe"

*LIE*

  Dzieliły mnie dwie godziny od Los Angeles, jednak jechałam na tyle szybko, by móc być tam za godzinę. Kiedy jednak byłam już w drodze postanowiłam zatelefonować do Toma. Pomimo, że Tori go odrzuciła, powinien wiedzieć, skoro dalej mu na niej zależało.

***

  Z piskiem opon zatrzymałam samochód tuż przy wejściu. Ludzie, którzy rozsunęli się na boki, obdarzyli mnie spojrzeniem pełnym zimna. Wyskoczyłam z pojazdu i ruszyłam biegiem do wnętrza budynku. Zapach szpitala wywoływał u mnie mdłości. A może to był strach?
  Do recepcji była czteroosobowa kolejka; starsza pani, nastolatka oraz para. Nie zważając na protesty, przepchnęłam się jako pierwsza, cofając parę.
  - W jakiej sali znajduje się Victoria Starkweather? - spytałam wolno ze sztucznym uśmieszkiem, który dobrze wyćwiczyłam w szkole. Jako popularna i bogata zołza darzyłam wszystkim takim grymasem; przypominając sobie te zachowanie jest mi wstyd. Miałam ochotę strzelić sobie z przeszłości z liścia w twarz.
  - Nie wiem, czy jest pani upoważniona, by wiedzieć takie informacje - odparła kobieta w średnim wieku, wyglądając za monitora. - Proszę się ustawić w
kolejce i czekać na pani kolej.
  - Pytam ostatni raz: gdzie ona jest?! - Zapytałam podniesionym tonem, czując jak w gardle powstaje wielka gula, trudna do przełknięcia. Pacjenci już zdołali się zatrzymać i przyglądać się całej sytuacji, z nadzieją na jakąś rozrywkę. Nachyliłam się jeszcze bardziej, chcąc wywołać presję na kobiecie.
  - Jestem jej siostrą do cholery! - Skłamałam, uderzając pięścią w ladę. Recepcjonistka zaczęła stukać szybko w klawiaturę, szukając danych przyjaciółki. Po chwili podniosła wzrok na coś, a raczej na kogoś, za mną.
  Odwróciłam się wolno. Dwóch wysokich mężczyzn odzianych w czarny strój z napisem “OCHRONA”. Posłałam pani za ladą spojrzenie pełne nienawiści, kiedy jeden z mężczyzn złapał mnie za ręce i odciągnął do tyłu. Zaczęłam się wyrywać, próbując poluźnić uścisk.
  - Puść mnie! - Nie miałam siły się bronić, byłam wykończona dzisiejszymi zdarzeniami jak i płaczem. Słyszałam już brzdęk metalowych bransolet. 
  - Zostawcie ją.
Podniosłam głowę, słysząc znany głos.
  - Bardzo przepraszamy, ona jest po prostu bardzo zdenerwowana i na pewno nie chciała zachować się niewłaściwie - odparł Tom, przykładając dłoń do serca, próbując przekonać recepcjonistkę jak i ochroniarzy. Mężczyźni puścili mnie, ale dalej byli gotowi w razie gdybym miała zrobić coś nieobliczalnego.

   Poprawiłam kurtkę i udałam się za Tomem.
  - Jakim cudem udzieliła ci informacji? - zapytałam, skręcając w korytarz sal.
  - Skłamałem, że jestem jej narzeczonym - wyjaśnił z tym swoim brytyjskim akcentem.

*** 

  Wyjrzałam przez dużą szybę, znajdującą się w sali, gdzie samotnie leżała Tori. Oparłam się o szkło, czując jak łzy ponownie spływają z twarzy; otarłam je grzbietem dłoni. Widok przyjaciółki podłączonej do kroplówek, z bandażem wokół głowy i ramieniu oraz plastrem przy szyi należał do najgorszych. Nie mogłam jej stracić, tylko ona mi pozostała. Szlochałam głośno tak, jak za czasów, kiedy byłam dzieckiem i nie dostałam tego, czego chciałam.
  - Jest silna, wyjdzie z tego - zapewnił Tom. Miałam nadzieję, że tak będzie.
  Usiadłam na niebieskim, plastikowym krześle, tuż obok drzwi, próbując się uspokoić.
  - Kiedy miałyśmy po kilkanaście lat - zaczęłam - niedaleko naszych posesji miał być cyrk. Rodzice byli przeciwko temu, jednak Tori jako dziecko już potrafiła postawić na swoim - wspominałam na głos nasze dzieciństwo.
  Tom usiadł na drugim krzesełku i słuchał uważnie. Chociaż znał ją o wiele krócej niż ja, zdążył zauważyć jej cechy. Opowiadałam mu jakich różnych rzeczy dokonała; to pomagało mi choć na chwilę nie myśleć, że leży teraz nieprzytomna.
  - Nie mogę sobie jej wyobrazić jako małej dziewczynki w warkoczykach, na różowym rowerku - przyznał ze śmiechem.
  - O tak, uwierz, to był zabawny widok.
  Doszłam do wniosku, że wtedy mieliśmy bezstresowe życie. Nie docierało do

nas zło świata, żyliśmy w swoim własnym, kolorowym.
  Odwróciłam się bardziej w stronę chłopaka.
  - Victoria ma ciężki charakter, zgodzę się z tym. Pokazuje światu swoją twardą skorupę, ale w środku jest łagodna. Odrzuciła cię, lecz w ostatnim czasie przeszła na prawdę dużo. Więc jeśli ją kochasz, to walcz o nią do samego końca i się nie poddawaj. Nigdy. - Wiedziałam, że Tori czuje coś do niego. A on do niej. Widziałam to.
  - Dziękuję - odparł. Zauważyłam, że w jakiś sposób moje słowa podniosły go na duchu.

*** 

  Poczułam szarpnięcie za ramię, wmieszane w resztki snu. Niezrozumiałe słowa, które się powtarzały. Odmruknęłam coś w odpowiedzi i próbowałam przewrócić się na drugą stronę. Niestety, śpiąc na krześle szpitalnym nie było to zbytnio możliwe.
  Ocknęłam się z parominutowego snu, poprawiając się na siedzeniu i udając, że wcale nie zasnęłam. Owinęłam się ciaśniej czarną skórzaną kurtką i spojrzałam na Dylana, który siedział tuż obok.
  - Co tu robisz? - Spytałam, nadal sennie. Po dwóch sekundach doszłam do wniosku, że to pytanie jest nie na miejscu i zabrzmiało trochę chamsko. Potrzebowałam kubka pełnego mocnej kawy, by na dobre powrócić do rzeczywistości.
  - Przyjechałem zaraz kiedy się dowiedziałem o tym wszystkim - odpowiedział, spoglądając na mnie ze współczuciem. - Może będzie lepiej, jak odwiozę cię do domu i prześpisz się w łóżku, a nie na plastikowym krześle.
  Pokręciłam przecząco głową, nie miałam zamiaru opuszczać przyjaciółki.
  - Dziękuję za troskę, ale zostanę tutaj. Nie musisz mnie nigdzie odwozić bo mam swój samochód - odparłam na odchodnym, udając się do kafejki, by zamówić kawę.
  Już po chwili mnie dogonił i szedł równo z moim tempem.
  - Właściwie to już nie masz. Widziałem jak laweta je zabiera.
   Zatrzymałam się, uderzając ręką w czoło.
  - Cholera, miałam go przestawić - powiedziałam, przypominając sobie, że zostawiłam samochód tuż przy wejściu do budynku. Będzie mnie czekała wizyta na parkingu policyjnym.
  Wrzuciłam do automatu dwie monety, a kiedy urządzenie połknęło pieniądze i się zacięło, uderzyłam pięścią w metalowe pudło. Poczułam przeszywający ból w ręce, jednak to pozwoliło mi racjonalnie myśleć. W końcu kawa zaczęła wpływać do brązowego kubeczka.
  - Popełniłem dziś błąd i naprawdę cię za to przepraszam, nie powinienem pozwolić ci odjechać w takim stanie… - przerwałam mu gestem dłoni,
odwracając się w jego stronę.
  - Jesteśmy przyjaciółmi - zaczęłam, przybliżając się do niego i podnosząc lekko głowę do góry, by móc spojrzeć mu w oczy. Jego wzrok był skierowany tylko na mnie.
  - Masz prawo spotykać się z kim chcesz, tak samo ja… - zacięłam się na
chwilę, by przyjrzeć się jego twarzy oraz najmniejszym elementom; jak te charakterystyczne pieprzyki, idealne usta...
  Szukałam odpowiednich słów o chwilę za długo.
  - Świetnie, że masz dziewczynę, cieszę się - wymusiłam uśmiech.
  Złapał mnie delikatnie za ramiona, ale zrobiłam krok do tyłu i zabrałam kawę. Targały mną emocję, których dotychczas nie znałam. Czy byłam zazdrosna? Nie, raczej nie.
  - To nie jest moja dziewczyna - odpowiedział, opierając się o automat.
  - Nie obchodzi mnie to - wydukałam, oddalając się od chłopaka i wracając do sali, na której leżała Tori.

*TORI*

  Przebudziłam się. Umysł wciąż był zamroczony, więc czułam jedynie przytępiony ból we wszystkich częściach ciała. Miałam wrażenie, że najbardziej ucierpiała moja głowa - stała się zbyt ciężka i coś jakby próbowało wybić mój mózg wielkim młotkiem. 
  Spróbowałam się podnieść, lecz ręce i nogi miałam unieruchomione. Zdołałam jedynie unieść głowę na tyle, by zobaczyć, że ktoś siedzi przy moim łóżku. Sylwetka w końcu stała się wyraźna - rozpoznałam Lie, śpiącą na krześle.
  - Lie - gardło miałam jak papier ścierny. - Hej, Lie.
  Przyjaciółka poderwała się, przestraszona. Kiedy przypomniała sobie, gdzie jest, wzięła głęboki wdech, by się uspokoić. Dostrzegłam ślady łez na jej policzkach oraz zmęczenie. Miałam wyrzuty sumienia, że to przeze mnie.
  - O Boże, Tori - wstała i chyba chciała mnie przytulić, ale w ostatniej chwili wycofała się, nie chcąc zrobić mi krzywdy. - Lekarze powiedzieli, że się wybudzisz, ale nie wiedzieli kiedy... - urwała, opadając ponownie na szpitalne krzesło. Oparła łokcie na kolanach. - Co cię boli? - Spytała zamiast tego.
  Oprócz wszystkiego? Wszystko.
  - Nic - skłamałam, z bladym uśmiechem. - Mają tu dobre prochy.
  Nie udało mi się jej rozbawić. Serce mi pękało na jej widok. Na pewno nie spała od dłuższego czasu. 
  - Pamiętasz co się stało?
  Przełknęłam rosnącą gulę w gardle. Nie byłam pewna czy to z upokorzenia, czy ze złości. Oczywiście, że pamiętałam. Pamiętałam wszystko. Utratę kontroli, uderzenie, gorąco i zimno na zmianę, a potem tylko ciemność. Pamiętałam również małoletniego mulata wychodzącego zza mojego samochodu. Cholera jasna, musiał przy nim grzebać. Byłam wściekła na siebie, że nie zrobiłam później przeglądu, by sprawdzić czy wszystko jest w porządku.
  Przytaknęłam tylko głową i obiecałam sobie, że dopadnę Roy'a po tym wszystkim. Tutaj nie chodziło już o mój wpadek - potrafiłam przezwyciężyć fizyczny ból. Ale absolutnie nikt nie powinien zmuszać dzieci do takich rzeczy.
  Wiedziałam, dlaczego tak bardzo zezłościł mnie widok siedemnastolatka jako sługusa Roy'a. Ponieważ byłam taka sama. Zobaczyłam młodszą, męską wersję siebie - nieczułą, podatną na rozkazy, chętną zemsty. 
  Zacisnęłam pięści. Coś wciąż uniemożliwiało mi ruszanie się.
  - Dlaczego jestem przywiązana pasami? - Spytałam, jednocześnie próbując wyswobodzić się z więzienia. 
  - Baliśmy się, że coś sobie zrobisz - wyjaśniła przyjaciółką, przypatrując się moim wysiłkom z litością.
  - Jestem poszkodowana, nie chora psychicznie.
  - To nie o to chodzi.
  Chciało mi się płakać. Nie czułam się tak bezsilna od czasu pożaru. Odebrano mi godność oraz wolność. Oparłam głowę z powrotem na niewygodnej poduszce, wbijając uparcie wzrok w sufit.
  - Po prostu mnie rozwiąż - poprosiłam, a z lewego kącika oczu pociekła mi łza. - Proszę, Lie, dam sobie radę.
  Przyjaciółka spełniła moją prośbę. Widziałam, jak zaciska zęby i walczy sama ze sobą. Nie miałam pojęcia, co zrobiłabym na jej miejscu. I jeśli Bóg istnieje, to dziękowałam mu w tej chwili, że nie padło na nią. 
  Uniosłam się. Zakręciło mi się w głowie, ale nie dałam po sobie tego poznać. Zaśmiałam się cicho, chcąc dodać nam obu otuchy.
  - Czuję się jak na największym kacu świata - oznajmiłam. 
  Lie jęknęła.
  - Muszę się napić - spojrzałam na nią z niedowierzaniem. - Kawy. Muszę się napić kawy - sprostowała szybko. - Jesteś pewna, że sobie poradzisz?
  Przytaknęłam, ale położyłam się z powrotem. 
***
  Niebieska koszula szpitalna jeszcze bardziej podkreślała moją chorobliwą bladość. Miałam podkrążone oczy, kilka siniaków oraz rozcięć, ale poza tym było w miarę dobrze. Jeśli słowem "dobrze" można określić kogoś, kto wyszedł z wypadku samochodowego. Widocznie poduszka powietrzna wykonała choć w części swoje zadanie. Podobno miałam wstrząśnienie mózgu, więc to moje wnętrze ucierpiało najbardziej.
  Odłożyłam podręczne lusterko na szafkę nocną. Byłam ciekawa ile godzin spędziłam w nieświadomości. 
  Usłyszałam jak ktoś zamyka za sobą dni. Byłam przekonana, że to Lie, jednak ujrzałam ostatnią osobę, którą chciałabym tu widzieć. Zaklęłam w myślach.
  - Tori - zabrzmiało to jak westchnięcie ulgi. Tom podszedł do mnie i delikatnie ujął za dłoń. Wyrwałam mu się.
  - Co ty tu robisz? - Zabrzmiało nieco ostrzej niż tego chciałam.
  - Lie po mnie zadzwoniła - wyjaśnił, wcale niezrażony moim tonem. - Tak się cieszę, że nic ci nie jest.
  Spojrzałam tęsknie na wenflon z kroplówką. Gdyby tak poluźnić ten klips i zwiększyć sobie dawkę... Może wtedy tak bardzo nie przejmowałabym się jego wizytą. To miał być koniec. Szczególnie po tym wszystkim nie mogłam go dalej narażać.
  Uznałam, że ciężko będzie patrzeć mu w oczy, lecz byłam mu to winna. Odwróciłam głowę w jego stronę. Był zmęczony, ale wydawał się szczęśliwy.
  - To nie fair - powiedziałam. - To nie w porządku, że zjawiasz się tutaj i mówisz mi takie rzeczy, chociaż wyraźnie dałam ci do zrozumienia... - zacisnęłam szczękę, nie chcąc się rozpłakać, tak jak wtedy. - To nie wypali, rozumiesz? Nie chcę cię tutaj - na jego twarzy odmalował się ból. Zraniłam go, mimo że starałam się uniknąć tego za wszelką cenę. Ale mogłam to znieść, jeśli będzie bezpieczny.  - Nie chcę cię w moim życiu. Przyjmij to w końcu do wiadomości.
  Spuścił głowę. Miałam ochotę zamordować samą siebie. Idiotka.
  - Rozumiem - odrzekł w końcu. Wstał i otrzepał jeansy, jakby nie wiedział, co zrobić z rękoma. - Przepraszam.
  Odwróciłam głowę.
  - Po prostu wyjdź.
  Odczekałam chwilę. Słyszałam jego kroki na szpitalnej posadzce. 
  - Przepraszam - powtórzył wolno - ale nie zamierzam wycofać się tak łatwo po tym wszystkim. 
  I wyszedł.
  Jego ostatnie słowa zabrały mi ostatnie resztki oddechu oraz zdrowego rozsądku. Była w nich obietnica; której, tak przy okazji, cholernie chciałam. A to było okropnie egoistyczne z mojej strony. Nie potrzebowałam nikogo, by o mnie walczył, pół mojego życia było polem bitwy. Ale jeśli zaczynałam czuć coś do tego mężczyzny, to dało o sobie znać w tej chwili.
  Pielęgniarka weszła na oddział. Poprawiła mi poduszkę bez słowa.
  - Czy może pani zwiększyć mi dawkę? - wskazałam ruchem głowy na kroplówkę z środkiem przeciwbólowym. - Tak, żebym nic nie czuła.



  

piątek, 4 września 2015

Rozdział 17


"There's something inside you
It's hard to explain
There's something inside you boy
And you're still the same"

*TORI*

  Nie mogłam powiedzieć, że obudziłam się ze złamanym sercem, ponieważ prawie go już nie miałam.
  A może po prostu nie zdążyłam zakochać się w Tomie do tego stopnia, by można było mówić o takich uczuciach.
  Mogłam być nim zauroczona, zainteresowana, ale ja nie zakochiwałam się łatwo. Nigdy nie doznałam czegoś takiego. Inni chłopcy, z którymi jeszcze dwa lata temu spędzałam noce, byli jedynie rozrywką. Czymś jak sen, który zapomina się od razu po przebudzeniu. Prowadziłam życie niebezpieczne, lecz bogate. Nie miałam czasu na zakochanie się, na miłość. To nie istniało w moim przypadku.
  Więc obudziłam się z przeraźliwą wręcz obojętnością i chłodem zalewającym mi żyły. Dzisiaj wcielałyśmy w życie plan uratowania Charlesa. Nie mógł mnie rozpraszać Tom ani uczucia do niego. Nawet nie byłam ich pewna, a ostatnie, czego teraz bym chciała, to właśnie rozmyślanie o tym.
  Lie przygotowała mi wszelki potrzebny sprzęt. Jak zawsze na zleceniu była moimi oczami i uszami. Wsadziłam niepozorną słuchawkę do ucha.
  - Czuję się jak jakiś super tajny agent - wysiliłam się na żart.
  Lie poprawiła mi mikrofon wszyty w górną kieszeń w skórzanej kurtce. Chyba też nie było jej do śmiechu. Od tej misji zależała przyszłość rodziny Charlesa oraz nasza.
  - Znasz plan? - Upewniła się, gdy już skończyła. Wywróciłam oczami, puszczając to pomimo uszu. Dobrze wiedziała, że mogłabym wyrecytować go w środku nocy. - Wiem, wiem, po prostu...denerwuję się.
    Przegryzłam wargę odrobinę zbyt mocno - jak zawsze, gdy się stresowałam - i poczułam metaliczny posmak krwi w ustach.
  - Ja też - przyznałam.
***
6:56
  Tym razem było o tyle trudniej, że miałam kogoś uratować. Nigdy nie uratowałam czyjegoś życia. Mogłam go tylko pozbawiać.
  Zaparkowałam samochód przy posesji sąsiadów Charlesa. Nieświadomie wystukiwałam na kierownicy rytm jednej z moich ulubionych piosenek. Przestałam od razu, gdy się na tym przyłapałam. Tak samo przestałam przegryzać tę cholerną wargę i nerwowo podrygiwać nogą. Nabrałam naprawdę złych zwyczajów w stresowych sytuacjach. Niedobrze, Tori.
  W końcu zobaczyłam Charlesa. Było tak, jakby ktoś uderzył mnie w żołądek. Nawet z daleka mogłam dostrzec pewne nieprawidłowości, tak niezwykłe dla niego. Włosy miał odrobinę za długie - przydałoby mu się strzyżenie. Krok nie przypominał już przyczajonego kocura, jak to zwykłam go określać. Zmężniał. Wydoroślał, dojrzał...To po prostu nie był już tamten Charlie, choć dalej kochałam go tak samo.
  Wzięłam głęboki wdech i wysiadłam z samochodu. Poczekałam przy żywopłocie. Musiałam jakoś się uspokoić, lecz miałam ogromną potrzebę przytulenia go i przygładzenia mu tych niesfornych włosów.
  Byłby mnie minął, gdybym nie odchrząknęła. Stanął jak wryty, po czym uśmiechnął się szeroko. 
  - Alex! - krzyknął, z typowym dla siebie entuzjazmem. Przytulił mnie mocno. Oddałam gest, nieco powściągliwie. -  Boże, tak się cieszę, że cię widzę - wyszeptał, jakby spodziewał się, że pewnego dnia znajdzie moje martwe ciało na dnie rowu.
  - Też się cieszę, Charlie - łzy napłynęły mi do oczu. Przytuliłam go mocniej. Był o wiele wyższy ode mnie, zupełnie taki, jaki powinien być starszy brat, prawda? - I przepraszam.
  - Za co... - zaczął, ale nie zdążył. Nacisnęłam pewien punkt na jego szyi odpowiednio długo, by stracił przytomność. Otarłam czym prędzej słony płyn zasłaniający mi widoczność. Nie wzięłam pod uwagę transportu mojego dużego brata do samochodu, ale po nadludzkim wysiłku w końcu mi się to udało. 
  Czułam się, jakbym go zdradzała. Sam nauczył mnie tego chwytu, a teraz wykorzystałam go przeciwko niemu. 
  To dla jego dobra. Tylko i wyłącznie dla jego dobra.
  ***
7:34
  Tata był już na miejscu, razem z jednym z pracowników Roy'a. Widocznie uznali, że nie miał nic wspólnego z naszą ucieczką, ale nie ufali mu do końca. 
  Nieznajomy niepokojąco przypominał sługusa, którego zabiłam niegdyś w parku. Ten sam szczurzy wyraz twarzy. Odrzucało mnie na sam jego widok.
  Otworzyłam tylne drzwi samochodu, gdzie leżało bezwładne ciało Charlesa. Mężczyzna wyjął chusteczkę z kieszeni i przytknął ją sobie do nosa. Zachciało mi się śmiać na ten widok. Był coś zbyt wrażliwy jak na pracownika psychopaty.
  Nachylił się nad Charlesem.
  - Czy on nie powinien krwawić? - Spytał podejrzliwie.
  Prychnęłam cicho.
  - Żeby zaświnił mi tapicerkę? Śmierć przez uduszenie.
  Mężczyzna zmierzył mnie od stóp do głów krytycznym wzrokiem. Byłam zbyt drobnej postawy, za to Charles wydawał się składać wyłącznie z mięśni.
  Wzruszyłam ramionami.
  - Sprawdź tętno, jeśli mi nie wierzysz - dodałam.
  Wzdrygnął się i odsunął czym prędzej. Pstryknął palcami, wołając kogoś o imieniu Josh. Zaklęłam w myślach. Myślałam, że z obstawy Roy'a był tylko on, podczas gdy zza mojego samochodu wyszedł nastoletni mulat. Zrobiło mi się niedobrze na myśl, że Cruger werbuje dzieci do swojej małej, psychopatycznej mafii.
  Josh bez emocji przyłożył dwa palce do szyi Charlesa. 
  - Nie żyje - oznajmił obojętnie.
  - Co zamierzacie zrobić z ciałem? - Odezwał się ten pierwszy.
  Zatrzasnęłam drzwi samochodu, zniecierpliwiona.
  - Nie twój cholerny interes - syknęłam. - Mogę je nawet sprzedać, jeśli chcę. A teraz żegnam.
  Mężczyzna skrzywił się z obrzydzeniem, zapewne wyobrażając sobie poszatkowane zwłoki na jakimś indyjskim straganie.
  - Jesteś odrażająca - rzucił tylko przez ramię, znów pstrykając na Josha. 
  Po ich odjeździe natychmiast ucisnęłam ten sam punkt na szyi Charlesa. Chłopak nabrał gwałtownie powietrza, chwytając się za gardło. Usiadł, próbując dojść do siebie.
  Pomogłam mu wysiąść z samochodu. Wciąż był w szoku. Rzuciłam mu się na szyję.
  - Boże, Charlie, tak strasznie cię przepraszam - krzyknęłam mu do ucha. Wytłumaczyłam mu wszystko od początku. Słuchał, nawet nie będąc szczególnie zaskoczonym. Bałam się, że będzie zły, ale on tylko westchnął ciężko. Potarł tylko miejsce nad brwią, jak zawsze, kiedy się martwił.
  - Nie powinienem był was na to narażać. Nie powinienem był was tego uczyć i zachęcać.
  Otworzyłam szeroko oczy. Zacisnęłam pięści, nie mogąc uwierzyć w to, co powiedział.
  - Dałeś mi rodzinę, Charlie. - Spojrzał na mnie zaskoczony. - Więc przestań się użalać. Zacznij nowe życie, tak jak kiedyś pozwoliłeś na to nam. 
  Usłyszałam silnik samochodu Lie. Pocałowałam szybko Charlesa w policzek. Nie mogłam się rozkleić. Uśmiechnęłam się do niego krzepiąco. Nie potrafiłam jednak się odezwać, ze względu na to, że zabrzmiałoby to zbyt miękko i zbyt płaczliwie. On i tak zrozumiał.
***
7:44



Włączyłam radio, lecz każda piosenka była o bólu, stracie lub utraconej miłości. Miałam dość słuchania o ciągłym żalu, więc nacisnęłam z powrotem guzik. Usadowiłam się wygodniej na siedzeniu. Nie lubiłam prowadzić samochodu, ale nie wpakowałabym nieprzytomnego Charlesa na mój motocykl, więc ten jeden raz musiałam ustąpić.
  Właśnie przejeżdżałam autostradą, mijając rozłożyste palmy, kiedy straciłam panowanie nad kierownicą. Serce podeszło mi do gardła. Próbowałam zahamować, ale było tak, jakby to ktoś inny sterował pojazdem. Byłam niebezpiecznie blisko stłuczki z autem przede mną, więc niewiele myśląc skręciłam w bok. 
  Uderzenie, ból przeszywający czaszkę oraz kręgosłup, zimno, a potem nagłe gorąco. Coś ciepłego spłynęło mi z boku twarzy, lecz zanim zorientowałam się co to, pogrążyłam się w ciemnej pustce.


  

*LIE*


7:00

  Z lekkim opóźnieniem wyjechałam z domu, kierując się w stronę Corony.    Obmyśliłam każdy szczegół planu, z jednym wyjątkiem - jak wywieźć niczego nieświadomą kobietę. W najgorszym wypadku zagroziłabym jej, ale nie zamierzałam ryzykować jej poronieniem. 

  Przyśpieszyłam trochę, dochodząc do stu trzydziestu kilometrów na godzinę i sprawnie wymijając samochody. 
  - Skręć w lewo, a ominiesz korek - powiedziałam do mikrofonu przyczepionego do kurtki, który był połączony tym z Tori. - Potem prosto i będziesz na miejscu -dodałam, zamykając jedną ręką laptop z mapą oraz zaznaczoną drogą.
   Otworzyłam schowek, upewniając się po raz drugi, że nie zapomniałam najważniejszych dokumentów. Ponownie skupiłam wzrok na jezdni; m bliżej znajdowałam się domu Charlesa, tym bardziej traciłam swoją niezastąpioną pewność siebie. Spojrzałam przelotnie na cyfrowy zegar, znajdujący się przy kierownicy. Tori powinna już zająć się Charliem. Skręciłam w lewo, podążając alejką dobrze wyglądających domów. Zatrzymałam się tuż obok białej posiadłości z pięknym ogrodem. Nabrałam parę wdechów i wydechów zanim opuściłam pojazd. Nerwowo podążyłam do drzwi i nieśmiało zadzwoniłam. Po niecałej minucie otworzyła mi żona Charlesa - zielonooka blondynka z wystającym brzuchem. 
  - W czym mogę pomóc? - zapytała miło. Cholera i co miałam powiedzieć tej kobiecie? Cześć właśnie twój mąż leży jako trup w bagażniku przyjaciółki, a teraz musisz jechać ze mną. 
  - Nazywam się Julia Villis - przedstawiłam się prawdziwym imieniem i nazwiskiem, licząc na to, że Charles opowiedział o swoim życiu. 
  Blondynka patrzyła na mnie przez chwilę, a potem przytuliła. Stałam oniemiała nie bardzo rozumiejąc zachowania kobiety. 
  - Och, tak się cieszę, że Cię poznałam. Charlie dużo o was mówił. Bardzo mi przykro z powodu straty waszych rodzin - ostatnie słowa wywołały w moim sercu mały ból, który jednak szybko zniknął.
  - Przepraszam za maniery, zapraszam do środka - uśmiechnęła się, pokazując gestem dłoni, bym weszła. Na półce obok kwiatów znajdowały się ich wspólne zdjęcia. Wzięłam do ręki jedną z niebieskich ramek - wyglądali na bardzo szczęśliwych. 
  - Czego się napijesz? - spytała, wychylając się z kuchni. Moja mina najwyraźniej wskazywała, że nie przyszłam na pogaduszki. - Cholera, co się stało?
  Skupiłam myśli nad tym jak przekazać jej informacje, ale skoro wie, w jakim świecie żył Charles, powinno pójść mi to łatwiej.
  - Musicie wyjechać, przygotowałam wszystkie dokumenty, wasze nowe dane i bilety na Florydę - zatrzymałam się na chwilę, czekając na reakcję Rosalie. Odłożyła czajnik na miejsce i porwała z wieszaka sweter. 
  - Znów wyjeżdżać - mruknęła. - Jako kobieta w ciąży powinnam unikać wyjazdów, niech ci mordercy w końcu to zrozumieją - z trudem włożyła buty i dalej mówiła coś pod nosem. 
  Nie ukrywam - byłam zdziwiona jej reakcją. 
  Usłyszałam w słuchawce szelest.
  - Gdzie jesteś? - Zapytała Tori.
 - Już wyjeżdżam - odparłam krótko, po czym wyłączyłam mikrofon. 
  Rosalie zamknęła ostatni raz drzwi i spojrzała smutno na budynek. 
  - No to jedźmy - powiedziała nadal ze smutnym grymasem, podążając - tak, jak na kobietę w ciąży przystało - w stronę czarnego samochodu. 
*** 
7:39
  Zatrzymałam samochód w zaułku gdzie czekał już tata Tori oraz Charles.
 Moja pasażerka wybiegła, podeszła do męża i przytuliła go. Widok byłby naprawdę romantyczny, gdyby nie okoliczności w jakich się tutaj znaleźliśmy.
  Zabrałam białą kopertę i również wysiadłam. 
  - Och, Julio, cieszę się, że wam nic nie jest - powiedział Charlie, przytulając mnie. Poczułam jak do oczu napływa potok łez. Byłam szczęśliwa, widząc człowieka, który odmienił moje życie. Wręczyłam mu kopertę. 
  - Wiesz, co z tym zrobić - odparłam, posyłając szczery uśmiech. Samolot odlatywał za dwie godziny więc powinni już powoli odjeżdżać; jednak nikt nie potrafił się pożegnać. 
  Wyciągnęłam telefon, słysząc powiadomienie. Odczytałam wiadomość od nieznanego numeru i - nie wierząc treści - przeczytałam ponownie:
“Butler odpadł, kto kolejny? Może jest nim już O’Brien?” 
  Nie musiałam hakować numeru, by dowiedzieć się, kto jest nadawcą. To było oczywiste - Roy. 
 Oddaliłam się od przyjaciół, dzwoniąc do Dylana. bez skutku. Miałam już wizjĘ przyjaciela przywiązanego do krzesła, torturowanego czy nawet coś gorszego. Obrazy, których ciągle przybywało. 
  - Żegnajcie, Charles i Rose - rzuciłam tylko do przyjaciół,  czując jak łzy zaczynają napływać mi do oczu. Nie czekając ani chwili dłużej, wsiadłam do samochodu i ruszyłam z piskiem opon. 
*** 
  Minęło zaledwie sześć minut, a znajdowałam się pod domem Dylana. Słone krople spływały już po twarzy. Całą drogę prosiłam, by nic mu się nie stało. Tego bym sobie nie wybaczyła. Pobiegłam do drzwi i czekałam, aż w końcu otworzy. Każda sekunda wydawała się minutą. Miałam już zamiar wejść oknem, kiedy w końcu usłyszałam kroki po drugiej stronie. Gdy zobaczyłam Dylana, poczułam ogromną ulgę i zaczęłam się śmiać. To nie był normalny śmiech, raczej histeryczny. 
  - Lie, co się dzieje? - zapytał, zdziwiony moim stanem. Dopiero teraz zauważyłam, że miał zaledwie bokserki. Wyglądał jakby przed chwilą się obudził. Za jego plecami pojawiła się piękna brunetka w jego białej koszuli. Mogłam powiedzieć o sobie, że wyglądałam, jakbym nie myślała logicznie - rozmazany tusz oraz zaczerwienione oczy; poczucie ulgi oraz złości w jednym. 
  - Nie będę wam przeszkadzać - powiedziałam, posyłając w ich stronę sztuczny uśmiech. Dziewczyna za nim spojrzała na mnie z wyższością, po czym złapała przyjaciela za rękę, starając się go odciągnąć. Zaczęłam odchodzić, odwracając się tylko raz w stronę Dylana.
  - Nie możesz teraz iść. Cholera co się stało? - ponownie zapytał, oczekując jakiejkolwiek odpowiedzi. Zrobił parę kroków w moją stronę, ale zatrzymałam go gestem dłoni. 
  - Nic się nie stało - skłamałam po części i odeszłam, nie odwracając się. 
*** 
8:01
 Zatrzymałam się w swoim ulubionym miejscu - na Golden Gate Bridge. Gdzie byłam tylko ja, samochody oraz nieznalezione ciała samobójców, leżące gdzieś w głębinach. Wpatrywałam się w wodę, jakbym czegoś szukała. Ale czego? Byłam szczęśliwa, że Dylanowi nic nie jest choć z drugiej strony byłam wściekła, że nie odebrał telefonu, że rzuciłam wszystko i przyjechałam do niego. Jednak to była tylko i wyłącznie wina Roya. Manipulował mną, mógł zrobić cokolwiek, a ja ruszyłabym nawet na koniec świata, by chronić, bliskich, którzy mi pozostali.
  Gniew coraz bardziej we mnie narastał, szukając jakiegokolwiek ujścia. Krzyknęłam, próbując się wyładować. Nikt mnie nie usłyszy więc mogłam krzyczeć do woli. Kiedy poczułam się już lepiej - czyli wyprana ze wszystkich emocji - usiadłam na trawie, obracając w palcach samotną stokrotkę.
    Usłyszałam przychodzące połączenie; spojrzałam przelotnie na wyświetlacz - Tori. Chciałam na chwilę pobyć w samotności więc zignorowałam brzęczącą komórkę. 
  Zastanawiałam się, jakie mieli problemy ludzie, którzy skończyli tutaj życie. Jakimi byli tchórzami. Czy można byłoby rozwiązać ich problemy? Może również byli na zawołanie psychopaty? 
  - Czego chcesz?! - rzuciłam do słuchawki, gdy za trzecim razem odebrałam. 
 - Czy rozmawiam z Natalie Castey? - zapytał mężczyzna po drugiej stronie słuchawki. 
  - Przy telefonie - odpowiedziałam. 
 - Prosiłbym, by pojawiła się pani jak najszybciej w szpitalu. Pani Victoria miała wypadek... - i w tym samym momencie upuściłam telefon. Potrzebowałam dłuższej chwili by przyswoić informację. Poczułam jak moja dusza odpływa i zostaje jedynie puste ciało. Nie mogłam uwierzyć, że to działo się naprawdę.
-----------------------------------------------------------
Jak widać, wprowadziłyśmy parę zmian na blogu. Nowy szablon, rozpiska rozdziałów i...brak zakładki "Spam". Byłyśmy wkurzone faktem, że linki do blogów wędrowały do spamu, ale nikt nie kwapił się do zaznajomienia się z treścią naszego. Mamy kilku wspaniałych czytelników i bardzo Wam dziękujemy ^^ A pustych obserwacji nie potrzebujemy.
I mimo ciężkiego roku szkolnego, postanowiłyśmy napisać razem kolejne fanfiction! Link powinniście dostać do tygodnia :3 Jeśli ktoś będzie zainteresowany, będzie nam bardzo miło.
To tyle z naszej strony.





piątek, 14 sierpnia 2015

Rozdział 16


"Oh, and I found love where it wasn’t supposed to be,
Right in front of me"

*TORI*


  Byłam w ustalonym przez tatę miejscu parę minut przed czasem. Zginałam i prostowałam nerwowo karteczkę z adresem w dłoni, starając się oddychać przez nos. Miałam tak wiele pytań, które chciałam mu zadać, a zarazem nie byłam pewna, czy chcę usłyszeć odpowiedzi na nie. To mogło zaboleć, a ja bałam się bólu. Nie fizycznego - ten bez problemu mogłam wytrzymać. Ale psychiczny pozostawiał po sobie piętno, przez które stawałam się słabsza.
  - Przyszłaś. - Usłyszałam za sobą. Drgnęłam niespokojnie.
  Tata wyglądał na zmęczonego. Zmarszczki na jego twarzy stały się jakby głębsze i bardziej widoczne. Trzymał ręce w kieszeniach - chyba był tak samo speszony jak ja.
  - Przyszłam po odpowiedzi - odparłam. - Chcę cię wysłuchać, ale jeśli wyczuję, że kłamiesz, po prostu stąd odejdę.
  Pokiwał głową. Wskazał na parkową alejkę, oświetloną jedynie lampami gazowymi. Zaczęliśmy iść ramię w ramię, choć trzymałam się nieco na dystans. 
  - Wiedziałeś, że żyję? - Wyrzuciłam w końcu z siebie. Objęłam się ramionami i pochyliłam głowę. 
  - Taką miałem nadzieję. Ciebie i Julii nie było w noc pożaru w domu. Szukałem was przez ten cały czas, dopóki nie zobaczyłem cię w tej celi. 
  Odetchnęłam z ulgą. Byłabym wściekła, jeśli by nie próbował.
  - Więc co robiłeś u Roy'a? - zadałam kolejno, jedno z bardziej nurtujących pytań. Musiałam wiedzieć czy można mu ufać.
  Tata wziął głęboki oddech i zaczął opowiadać. Chyba było mu równie ciężko jak mi.
 Tego dnia gdy razem z Lie wyszłyśmy po kryjomu na przyjęcie, rodzice zorientowali się, że nas nie ma. Mój tata poszedł nas szukać, a kiedy wrócił, zastał to samo, co my - płonący dom. Myślał, że wszyscy mieszkańcy spalili się żywcem, włącznie z rodziną Lie. Oczywiście wiedział, że my musiałyśmy gdzieś tam być. Zgodnie z wcześniejszymi słowami, szukał nas przez cały ten czas. Nie mógł dać znaku życia - zupełnie jak my - ponieważ pożar spowodowany był podpaleniem. Rodzice moi oraz Lie mieli wielu wrogów. Pewnego dnia Roy zaproponował mu pomoc w szukaniu nas, w zamian za pracę dla niego. Tata zgodził się bez wahania. 
  W miarę jak to mówił, czułam rosnącą ulgę, a jednocześnie zdenerwowanie. Wiedziałyśmy, że nasza śmierć była sfingowana. Okazało się jednak, że nie miałam jeszcze pojęcia o wielu rzeczach.
  Poczułam, że muszę przyznać się do swojego życia. Opowiedziałam mu o wszystkim. Tak, tato, zabiłam zbyt wiele razy. Twoja córka jest morderczynią. 
  Gdy skończyłam, byłam przygotowana na dezaprobatę z jego strony. Jednak tata tylko przytulił mnie mocno. Poczułam piekące łzy w oczach, ponieważ nie zasługiwałam na coś takiego. Żaden ojciec nie mógł być dumny z takiej córki.
   Przez cały ten czas myślałam, że tata nie żyje. Teraz go odzyskałam. Już czas cieszyć się z drugiej szansy posiadania ojca. Odwzajemniłam więc uścisk. 
  - Nie powinieneś tego pochwalać, tato - szepnęłam przez łzy, zła na siebie.
  - Jestem dumny, że stałaś się samodzielna - powiedział stanowczo. - Przeszłaś piekło, a nigdy nie zapomniałaś o rodzinie. Stałaś się dorosła. Chciałbym przypisać to sobie - uśmiechnął się blado - ale dokonałaś tego zupełnie sama. 
  Zaśmiałam się. 
  - Cholera, tato, nie mogę się rozpłakać - odsunęłam się od niego i szybko otarłam słony płyn z kącików oczu. Zaraz jednak spoważniałam. Zostało jedno pytanie. - Czy mama i Emma...?
  Potrząsnął głową.
  - Rodzina Julii również nie przeżyła. Przykro mi.
  Zorientowałam się, że tliła się we mnie jeszcze nadzieja. Kolejna część mnie umarła razem z nią. Musiałam ją zdusić, zanim znowu stracę rozum.
  A teraz powinnam skupić się na uratowaniu Charlesa. Ostatnio tak bardzo skupiłam się na swoich relacjach z Tomem, że zapomniałam o swoim zadaniu. Przypomniałam sobie jak potrafił mnie rozbawić, jak na mnie patrzył. To nie była tylko przyjaźń; nie mogłam pozwolić się temu rozwinąć. 
   Musiałam się pożegnać, ze względu na nas oboje.

***
  Dwadzieścia minut później zaparkowałam motocykl na podjeździe Toma.  Powoli ściągnęłam kask, przyłapując się na opóźnianiu tego. Wiedziałam co muszę zrobić i nie podobało mi się to. Stawałam się zbyt miękka, zbyt szybko się rozczulałam. To nie była ta Tori sprzed paru tygodni. 
  Sześć lat temu przysięgłam sobie, że już nigdy nie rozpłaczę się przez faceta.
  To oni mieli płakać przeze mnie.
 Ale teraz chciałam tylko ograniczyć szkody. Druga część zasady nie tyczyła się Toma. Ja potrzebowałam pełnego skupienia, wykonując pozostałe zlecenia, a on musiał o mnie zapomnieć. Wszyscy, których kochałam, gryźli już ziemię albo żyli w niebezpieczeństwie. On nie mógł dołączyć do tego grona.
  Zadzwoniłam parę razy do drzwi, starając się uspokoić puls. Stanął w drzwiach, zdezorientowany. Kiedy mnie zobaczył, jak zwykle uśmiechnął się szeroko. Chciałam nacieszyć się tym uśmiechem ostatni raz.
  - Hej, Tori... - zaczął.
  - Mam prośbę - przerwałam mu natychmiast. - Zapomnij o mnie.
  Zamrugał szybko. Zniknęła spokojna postawa - cały się spiął. Zniknął również uśmiech i zastąpiła go szczera troska.
  - Nie rozumiem - przyznał. Sięgnął dłonią do mojego policzka, ale odsunęłam się. 
  - Zapomnij o mnie. Zacznij żyć - nakazałam hardo. - Przerwij to, cokolwiek nas łączyło. 
  Zacisnął usta w cienką kreskę. Był zły, nie dziwiłam mu się. Byłam cholernie wkurzona, sama na siebie. Ale robiłam to, co słuszne. Nie mogłam pozwolić Roy'owi zranić Toma. Nie przeżyłabym tego.
  - Jeśli myślisz, że to takie proste, zapomnieć dosłownie o wszystkim...
  Przerwałam mu gwałtownie, przyciskając swoje wargi do jego. Oszołomiony, objął mnie w pasie, a ja zarzuciłam mu ręce na szyję. Nasze oddechy zmieszały się, usta idealnie się do siebie dopasowały. Tym razem łzy pociekły mi po policzkach. Pieprzyć zasady. Nie przejmowałam się tym. Ten pocałunek był naszym pierwszym i ostatnim. A Tom całował mnie żarliwie i z uczuciem. Zastanawiałam się, czy jeśli wczoraj pozwoliłabym mu na to, wyszłoby mniej desperacko z mojej strony.
  Wplotłam mu palce we włosy. Zaczęło padać, ale nie weszliśmy do środka. Przyciągnął mnie do siebie bliżej, o ile to w ogóle było możliwe. Był delikatny, ale stanowczy, a ja nie pozostawałam mu dłużna. Chciałam zapamiętać jego silne ramiona, dłonie muskające skrawek nagiej skóry na brzuchu, te miękkie wargi stworzone do całowania...kogoś innego.
  Położyłam mu ręce na torsie i lekko odepchnęłam, gdy poczułam, że brakuje mi już powietrza oraz samego rozumu.
  - Teraz cię nie puszczę - wychrypiał.
  Dotknęłam trzema palcami jego ust.
  - To było moje pożegnanie, Tom. Pozwól mi odejść - odparłam. Jeśli mnie nie puścisz, rozpłaczę się na dobre, dodałam w myślach. - Przepraszam.
  Odwróciłam się, wyrywając się z uścisku i pobiegłam do motocyklu.

***
  Gdy wróciłam do domu, skierowałam się od razu do swojej sypialni. Byłam zbyt przybita. Chciałam ochłonąć, a potem skupić się na ratowaniu Charliego. 
  Położyłam się na łóżku i wcisnęłam twarz w poduszki. Nie chciałam słyszeć deszczu, uderzającego o parapet. Cała sytuacja wydawała mi się zbyt surrealistyczna.
   Chwilę później ktoś usiadł na moim łóżku. Nie odrywałam twarzy od materiału, ale wiedziałam, że to Lie. Pogłaskała mnie pokrzepiająco po plecach.
  - Co się stało? - spytała cicho.
  Zdołałam dźwignąć się do pozycji siedzącej.
  - Powiedziałam Tomowi, żeby o mnie zapomniał.
  Przyjaciółka westchnęła cicho. 
  - Och, Tori. Dlaczego?
  - Ponieważ mi na nim zależy - przyznałam w końcu. - Wprowadził w moje życie zbyt wiele uśmiechu. Zbyt wiele nadziei, która w końcu mnie zniszczy. Nie potrafię nienawidzić i kochać jednocześnie, Lie - głos mi się załamał.  
   Wiedziałam, że kiedy jutro otworzę oczy, będę musiała zacząć swoją rutynę. Póki co położyłam głowę na kolanach Lie, a ona zaczęła rozczesywać moje włosy palcami. Jeśli człowiek nie płacze przez tyle lat, kiedyś łzy znajdują wyjście. Przy przyjaciółce mogłam wypłakać całą swoją złość, frustrację i smutek. Byłam jej wdzięczna, że nie zadaje pytań ani nie stara się nakłonić mnie do zmiany zdania.
  I tak czułam się jak pieprzona egoistka.



***

*LIE*

  Powoli otworzyłam oczy, widząc niewyraźny obraz ściany. Ponownie zamknęłam powieki, by po paru sekundach znów je otworzyć. Dźwignęłam się szybko, poprawnie siadając na krześle. Zasnęłam z głową na klawiaturze co było już moim fizycznym dnem. 
  Minął dziś trzeci dzień odkąd wiemy, jak uratować Charlesa. Dokładnie siedemdziesiąt cztery godziny. W tym spałam zaledwie czternaście i zdążyłam wypić siedem kaw. Nie musiałam nawet stanąć przed lustrem, by wiedzieć, że mam przekrwione oczy. Byłam prawdziwym wcieleniem zombie. 
  Udało się - moja praca została zakończona, jutro wcielamy kolejny punkt z planu w życie. 
  Byłam dalej nieprzytomna kiedy dopiero po jakimś czasie zorientowałam się, że dzwoniący telefon znajduje się na podłodze - najprawdopodobniej niechcący go zrzuciłam. Nie zdziwiłam się gdy zobaczyłam numer Dylana, w sumie ostatnio tylko po to był mi potrzebny telefon. 
  -Wpadniesz dzisiaj? - zapytał, kiedy tylko odebrałam. 
  Wygrzebałam z szuflady biurka kopertę i włożyłam do środka dokumenty nowego Charlesa. Wykonałam swoje zadanie, a najważniejszy punkt jutro więc powinnam choć się rozluźnić. 
  - Jasne, będę po szesnastej - odpowiedziałam. Wiedziałam, że jeszcze przed spotkaniem z przyjacielem muszę przedstawić plan ojcu Tori. Zamieniłam z Dylanem parę zdań, po czym rozłączyliśmy się. 
  Od czasu kiedy straciłam przytomność i obudziłam się w ramionach Dylana , ten zaczął się o mnie martwić oraz dzwonić codziennie, upewniając się, że nic mi nie jest. 
  Odłożyłam na biurko drugą białą kopertę. 
 Już czas odpocząć. 
*** 

  Przed piętnastą pojawił się u nas Marcus - ojciec Tori - więc przedstawiłam mu szybko jego zadanie oraz dałam słuchawkę i mikrofon, dzięki którym od razu połączy się z nami. Jednak pomimo że przyjaciółka mu zaufała, miałam mieszane uczucia. Chociaż my również się zmieniłyśmy - byłyśmy przestępcami. 
*** 
  Po dwudziestu minutach - idąc pieszo z chęci zażycia świeżego powietrza oraz słońca i ciepłego wiatru - stałam już pod drzwiami Dylana. Nie czekałam zbyt długo zanim otworzył i powitał mnie przyjacielskim uściskiem, jakbyśmy się dawno nie widzieli. 
  - Znalazłem parę filmów, które możemy obejrzeć - odparł, prowadząc mnie do salonu. Zerknęłam na cztery okładki płyt - dramat, horror, komedia oraz film akcji. Wybrałam film z okładką, na której znajdował się krwawy nóż - horror.
   Dylan spojrzał przez moje ramię, sprawdzając co wybrałam, po czym zaśmiał się i zabrał mi płytę. Zapewne myślał, że będę się bać, ale nie dam mu tej satysfakcji. Rozcięte ciała nie będą stanowiły dla mnie zaskoczenia. 
  Zasłoniliśmy okna i rozłożyliśmy koc na ziemi. Ułożyliśmy na nim dużo poduszek, by wygodnie nam się leżało. Popcorn położyliśmy pomiędzy sobą, by każdy mógł spokojnie sięgnąć. 
  - Jesteś gotowa? - zapytał, włączając film. 
 - Jak najbardziej - odparłam hardo Wzięłam garść prażonej kukurydzy i wlepiłam wzrok w ekran. Czułam jak przyjaciel co parę minut patrzy na mnie, wyczekując aż wymięknę. Widząc jak spogląda na mnie co chwilę, zaśmiałam się szczerze. -Zapomnij, nie boję się -szepnęłam w jego stronę. 
  - Niech ci będzie - wywrócił oczami, niezbyt przekonany. 
  W pokoju było ciemno, więc czuliśmy się jak na sali kinowej. Zaczęliśmy komentować film oraz bohaterów, na razie nie działo się w nim nic ciekawego. Przerwałam komentowanie i skupiłam się na filmie - w końcu akcja. 
  Główna bohaterka szła wolno w stronę namiotu gdzie spędziła noc. Już miałam powiedzieć, że to typowe zachowanie w horrorach - zamiast uciekać sprawdzają przyczynę hałasu - kiedy na całym ekranie pojawiła się znienacka zakrwawiona twarz klauna. Krzyknęłam głośno i niechcący uderzyłam w misę z popcornem, wysypując zawartość na koc. 
  - Cholera to klaun! - krzyknęłam roztrzęsiona, a moje serce biło o wiele szybciej niż normalnie. 
  - Boisz się klaunów? - zapytał, spoglądając na mnie. 
 - Klauny to potworne istoty. Za tym czerwonym nosem i wymalowanym uśmiechem kryje się mroczne wnętrze - zaczęłam mu tłumaczyć prawdę o klaunach. - Dlatego boję się ich i byłam tylko raz w cyrku, co skończyło się płaczem. - Przyznałam się do swojego słabego punktu. 
  Czekałam, aż zacznie się śmiać z mojego błahego lęku, ale on jedynie przysunął się do mnie i objął. Film przedstawiał klauna, który próbował się zemścić. Oglądałam go, nie bojąc się, jedynie dlatego, że Dylan mnie rozśmieszał. Zamiast trząść się ze strachu, płakałam ze śmiechu i cierpiałam na ból brzucha z powodu ciągłego chichotu. Z horroru powstała dobra komedia.
  Położyłam głowę na jego ramieniu i nie doczekałam nawet końca filmu ponieważ po prostu zasnęłam.